Archiwa blogu

Wywiad dla publicystyka.lca.pl „Mama nauczyła mnie żeby być pokornym”

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.publicystyka.lca.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Lilla Sadowska.

Foto: Wojciech Skulimowski (lca.pl)

 

Mówisz, że na scenie czujesz się najlepiej, jesteś wtedy całkowicie niezależny. Kiedy na nią wychodzisz wiesz, że musisz coś zrobić raz, a porządnie bo robisz to dla ludzi.

Zawsze na każdym koncercie powtarzam, że każdy człowiek, który przychodzi jest wyjątkowy. Często zapominają o tym albo nie zdają sobie z tego sprawy, że są wyjątkowi bo dzisiaj w tym wyścigu szczurów, który jest wokół, każdy próbuje sobie jakoś radzić, chce dorównać innym, stara się pokazać, że jest niezależny i stać go na różne rzeczy. A tak naprawdę w tym wyścigu zapominają o najważniejszych wartościach i o ludziach, których trzeba szanować. Nie chodzi mi tu o przyjaciół ale o ludzi wokół nas. Często też nie doceniamy tego, że jesteśmy zdrowi. Ilu ludzi chciałoby zwyczajnie oddychać, poruszać się, cieszyć się tym wszystkim co nas otacza. Ja sam często przez to, ci się dzieje dookoła zapominam tym,ale nie wtedy kiedy wychodzę na scenę, bo czuję się wtedy wiele bardziej potrzebny. Wydaje mi się, że to co mówię o sobie mogą porównać do swojego życia. Przecież ja jeszcze trzy lata temu grałem też takie koncerty, na których łącznie z barmanem słuchały mnie trzy osoby. Dzisiaj przychodzi na nie masę ludzi. To pokazuje, że można mieć pasję i z dnia na dzień osiągnąć sukces jeśli się wierzy w to co się robi.

Tobie się to udało.

Nie bałem się zrobić krok do przodu. Pójść na przekór wszystkim, pod prąd. To kosztowało mnie masę energii, zaciskania zębów. Ale pokazałem samemu sobie, że sobie poradzę mimo, że było to bardzo trudne. Teraz czuję się silny w tym co robię. Dzieje się to w dużej mierze dzięki ludziom, którzy mnie wspierają. Wszystko zależy od tego jak podchodzisz do swojej pasji i do ludzi. Jeśli nie szanujesz ludzi to nigdy nie osiągniesz sukcesu. Trzeba też pamiętać o tym, że do celu powinno się dążyć małymi krokami. Kiedy osiągniesz wszystko naraz możesz się tym zachłysnąć.

Wspomniałeś o „wyścigu szczurów”, sam brałeś w takim udział. Myślę tu o „Mam Talent”.

Nie, muzyka to nie jest wyścig. Nie było tam żadnej rywalizacji, tam po prostu trzeba zaśpiewać. Nie liczyłem tam na nic i to, że tam byłem nie znaczy, że się musiałem z kimś ścigać. Dla mnie to była rywalizacja, ale nie wyścig szczurów. To nowe doświadczenie, nowa lekcja, a przede wszystkim świetna zabawa, bo odkrywałem coś zupełnie nowego.

Była to odskocznia, trampolina, od której się odbiłeś w stronę wielkiej kariery?

Nie da się ukryć, że tak. Sam fakt, że rozmawiamy już świadczy o tym, że musiało to mieć ogromny wpływ na moje życie. Zmieniło się ono o 180 stopni. Tak naprawdę przeszedłem szybki kurs dojrzewania. Przez te trzy lata nabrałem masę doświadczeń i spotkałem po drodze masę ludzi. Wielu z nich mnie zawiodło.

Dlaczego mówisz, że byli ludzie, którzy Cię zawiedli? Wykorzystali cię w jakiś sposób?

Byłem bardzo naiwny. Ja kocham ludzi, kocham ich poznawać, rozmawiać z nimi i wiele osób to wykorzystało. Często nie zdawałem sobie z tego sprawy. To była dla mnie niezła lekcja życia i powiedziałem sobie. O nie! Koniec! Więcej już na to nie pozwolę! Show biznes to dla mnie niezły cyrk na kółkach. Powiem ci, że kiedy byłem w Amsterdamie na MTV EMA 2013, zobaczyłem tam jak naprawdę wygląda światowy show biznes i doszedłem do wniosku, że polskiemu jeszcze bardzo do niego daleko.

Jesteś według mnie bardzo odważnym młodym człowiekiem. Mam na myśli fakt, że zaśpiewałeś piosenkę Marka Grechuty.

Śpiewam ją od pięciu lat. Dla mnie to jest zabawne, że kiedy tylko delikatnie coś się zamiesza w mediach jest masa krytyki. Ja ten utwór naprawdę śpiewam od dawna bo jest dla mnie niesamowity i sam na własnej skórze się przekonałem, że ważne są dni, których jeszcze nie znamy. Dlatego go wykonuję. Tym samym chcę też pokazać młodym ludziom, że w Polsce żyli i żyją artyści, którzy robili i robią coś wyjątkowego. Dla mnie Marek Grechuta jest właśnie takim niesamowitym artystą. Wiem, że nigdy nie zaśpiewam tego tak jak on, ale staram się to śpiewać po swojemu, tak jak ja to rozumiem. Wspaniałe jest to, że ludzie śpiewają ze mną na koncertach utwór Marka Grechuty.

Na czy polega fenomen Kamila Bednarka?

Wczoraj rozmawiałem o tym z moim przyjacielem, mówiłem mu, że nie rozumiem tego. Odpowiedział mi :Słuchaj Kamil. Ty masz w sobie coś takiego, że potrafisz nakręcić ludzi pozytywnie, dać im nadzieję”. Może miał trochę racji? Nie mam wyjątkowego wokalu, wiem, że są lepsi ode mnie. Nasza muzyka nie jest skomplikowana a proste dźwięki chyba trafiają do człowieka i myślę, że to jest właśnie ten fenomen. Proste słowa, proste dźwięki i przede wszystkim to, że pokazuję, że różni nas tylko barierka przed sceną. Kiedyś ja też byłem po tamtej stronie. Jestem nadal taki jak oni. Chcę się rozwijać, pokazywać im, że to dzięki nim gram, że dzięki nim jestem coraz silniejszy.

W tym fenomenie Bednarka jest bardzo dużo pokory, dojrzałości, efektów tej przyspieszonej lekcji dojrzewania, o której mówiłeś? Jesteś bardzo młodym facetem, masz dopiero 22 lata.

Moja mama zawsze uczyła mnie pokory. Nie chcę tu grać na emocjach, ale to jest prawda. Ja już przekonałem się o tym, że pokora pomaga człowiekowi iść do przodu i osiągać cel, kiedy potrafisz zauważyć swoje błędy i naprawiać je. Ostatnio usłyszałem piękne i mądre słowa na Woodstock. Ktoś powiedział, że nie warto być lepszym od kogoś innego. Warto być lepszym od siebie wczorajszego. Może w nich właśnie tkwi klucz. Jeśli nie skupiamy się na rywalizacji tylko patrzymy na siebie i siebie staramy się naprawiać będąc przy tym pełnym pokory, to na pewno osiągniemy sukces.

Jaką niespodziankę na wrzesień szykuje Bednarek?

Polska według Bednarka – wywiad dla portalu PolskaOdKuchni.com

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.polskaodkuchni.com a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Marta Krupa.

 

„Jestem…”, czyli tytuł Twojej najnowszej płyty sugeruje, że poprzez kompozycje na niej umieszczone zdefiniujesz się – jako wokalista – na nowo. Powiedz, czy to jest sposób na ucieczkę przed etykietą, którą w pewien sposób dokleiły Ci media po udziale w „Mam talent!”, czyli idola nastolatek? Czy chcesz w pewien sposób odciąć się od tego wizerunku?

- Ta płyta była jednak bardziej przelaniem tego, co przeżyłem przez ostatnie trzy lata. Niektóre utwory były od dawna schowane głęboko w szufladzie. Jednym z nich była „Cisza”, którą nagrałem dla brata, bo strasznie mnie o to prosił, a ja przez długi czas nie chciałem tego zrobić. Wstydziłem się tego kawałka, cały czas powtarzałem mu: „Co Ty, stary, nie będę tego nagrywał!”, a okazało się, że został bardzo ciepło przyjęty. Ogólnie, nigdy nie wstydziłem się tego, jak media mnie oceniały, bo poznałem je od środka, i wiem, że jest to niezły cyrk na kółkach. To, co wytwarzają jest robione po to, żeby się sprzedawało. Ja, na szczęście, jestem w dobrym rękach, pracuję z ludźmi, którzy traktują mnie bardziej jak swojego brata niż podopiecznego. Relacja manager-artysta to braterstwo, i właśnie dlatego udaje się nam połączyć te dwa światy.

Wiele osób pracujących w show-biznesie strasznie odcina się od pozostałych, robią z siebie gwiazdy formatu światowego. Ja tego nie lubię. Wolę być blisko ludzi podobnych do mnie, bo dzięki nim gram, dzięki nim mogę robić to, co kocham. Mam nadzieję, że to, co stało się w moim życiu będzie inspiracją dla niejednego człowieka, który ma jakąś swoją pasję. Gram już trzeci rok, udało się wydać kolejną płytę, cieszyła się dobrym przyjęciem, i nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale to jest niesamowite! Cieszę się, że dalej mogę to robić, choć bałem się trochę po pierwszym roku, że to może być jedynie chwilowe.

No właśnie – nie każdemu się udaje. Masz jakiś przepis na to, jak osiągnąć sukces na polskiej scenie muzycznej?

- Niektórych rzeczy w swoim życiu nie potrafię wytłumaczyć, i to jest chyba jedna z nich (śmiech). Gdyby ktoś trzy lata temu powiedział mi, że osiągnę, zobaczę, zrobię tyle rzeczy, o których zawsze marzyłem, powiedziałbym mu: „Stary, prześpij się, co Ty gadasz w ogóle?”. Na pewno tym, czego sam doświadczyłem, co jest bardzo ważne i pozwala nie zwariować to wiara w siebie, ale nie przesadna. Jeśli ta wiara idzie w parze z pokorą, to uwierz mi, człowiek w takiej sytuacji jest w stanie zrobić trzykrotnie większy progres.

Skoro mowa o wierze we własne możliwości i pewności siebie… – mam rozumieć, że nie bałeś się przyjęcia Waszej aranżacji piosenki Marka Grechuty „Dni, których nie znamy”, reakcji odbiorców po zestawieniu ze sobą oryginału i coveru?

- Bałem się, ale tylko troszeczkę. I znacznie bardziej odbioru wersji studyjnej niż koncertowej, bo naprawdę nie lubię nagrywać w studiu. Mocno czuję ten kawałek, na własnej skórze przekonałem się, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Kiedy śpiewam ten utwór, to gdzieś z tyłu głowy mam obraz siebie samego, tego, jaki byłem przez ostatnie lata. Byłem zaskoczony tak dobrym przyjęciem tego utworu. Zawsze wykonuję go na koncertach, bo uważam, że fajnie przypomnieć o artyście, którego osobiście bardzo szanuję, a przy okazji pokazać jego twórczość młodszemu pokoleniu, które teraz ma wyłącznie idoli z Internetu, jest hermetyczne i zamknięte. Fajnie przypomina się o takich artystach, którzy w dzisiejszych czasach odchodzą na bok, choć ludzie powinni o nich pamiętać. Ja się cieszę, że mogę śpiewać te utwory. Udało mi się też jakiś czas temu poznać żonę Marka Grechuty, która – na szczęście – zaakceptowała tę wersję i ucieszyła się, że wykonuję akurat ten utwór. Wtedy spadł mi kamień z serca, to było najważniejsze – jej akceptacja.

Dużo podróżujesz, byłeś, między innymi, na Jamajce. Porównując ludzi i to, jak odbierane jest reggae, powiedz, czego nam brakuje, aby zwyczajnie cieszyć się muzyką, być bardziej otwartym i radosnym społeczeństwem?

- Chyba słońca, mimo wszystko. Gdybyśmy nie mieli zimy… Ludzie muszą się martwić, walczyć o to, żeby się utrzymać i żyć godnie, a to jest trudne. Kiedy widzisz ludzi na Jamajce czy Kubie, jak tam żyją, to w Polsce nagle sprowadza Cię to na ziemię i myślisz sobie, że tutaj nie mając nic, i tak masz trzy razy więcej niż oni tam, nachodzi Cię taka refleksja, że Ty narzekasz, a mógłbyś mieć gorzej. Dla mnie jednym z czynników, które wpływają na to, że ludzie są bardziej optymistyczni jest słońce, którego nam brakuje. Niby mamy cztery pory roku, a mimo to tego słońca nie jest aż tak dużo, żeby się nim nacieszyć. Tak przynajmniej mi się wydaje.

Większymi sukcesami są te indywidualne, jak II miejsce w „Mam talent!”, czy grupowe – zwycięstwo z drużyną w „Bitwie na głosy”? Co uważasz za swój największy sukces?

- Chyba to, że pozostałem sobą. „Mam talent!” nie wygrałem, ale wygrałem ludzi. „Bitwę na głosy” wygrała moja drużyna, a nie ja. Wygrałem jedynie (aż!) to, że mogę robić co kocham oraz tych, którzy tej muzyki słuchają i pozwalają mi się rozwijać. To, czego potrzebuję najbardziej to właśnie wsparcie ludzi i wiara w to, że na koncert nie przychodzi się tylko po to, żeby się pobujać, ale posłuchać czegoś, co być może zainspiruje Cię do pracy nad sobą. Stawiałbym właśnie na to.

Jaka jest Polska – od kuchni?

Nie wolno generalizować, ale moim zdaniem teraz każdy na siłę chce być niezależny, pokazać, że stać go na wszystko, że nie potrzebuje niczyjej pomocy, radzi sobie dobrze. Ludzie w pogoni za tą niezależnością tracą ze sobą kontakt, to nienaturalne. Jeden zobaczy, że drugi ma lepiej i zamiast konstruktywnej zazdrości, takiej, która sprawi, że będzie pracować więcej, krzyczy: „Nie no, tak nie może być”, i próbuje go zniszczyć. To jest zwykła ludzka zawiść, ale też zwykłe lenistwo. Nie jest tak, że się nie da czegoś zrobić – jeśli ktoś bardzo chce, to zrobi wszystko. Jeśli jednak nie ma w sobie siły i determinacji w drodze do osiągnięcia celu, to tak się właśnie kończy. Wiara w siebie to podstawa każdego sukcesu.

Kamil Bednarek na okładce magazynu Cogito

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.cogito.com.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: redakcja Cogito.

 

Śpiewa reggae i jest fanem Grechuty. Kręcą go motocykle i dźwięk silnika. Stawia na ludzi i nie odmawia im pomocy. Namawia do rewolucji, ale tej wewnątrz siebie. I na dowód, że w każdym może być słońce niezależnie od zimy, nagrywa płytę “Jestem”.

cogito

Nagrałeś płytę na Jamajce, zwyciężyłeś z drużyną w “Bitwie na Głosy”. Nagrodę pieniężną przeznaczyliście na zbożny cel. Co jest dla ciebie ważniejsze – realizowanie własnych marzeń czy pomoc innym w spełnianiu ich marzeń?Z moimi marzeniami często jest tak, że realizując je, pomagam innym. Dzieje się to dzięki muzyce, która przynajmniej dla mnie jest wyższą wartością, ma ogromny wpływ na ludzi. Jeżeli ktoś potrafi słuchać uszami i serduchem wtedy rzeczywiście może pomóc.

Twoje marzenia… Wystartowałeś z nimi z Brzegu, nie za bardzo znanego miasta, nagrałeś płytę, pojechałeś na Jamajkę…

Zacznijmy od tego, że ja nawet nie jestem z Brzegu, tylko z wioski Lipki :) Dla mnie samego to też wydaje się nieprawdopodobne… Nie miałem perspektyw, żeby się rozwijać tak, jakbym chciał…
Chciałem jednak wziąć udział w programie “Mam talent”, zobaczyć jak to wygląda od wewnątrz. Okazało się, że z dnia na dzień moje życie się zmieniło. Ludzi oszaleli na punkcie muzyki reggae, ale widocznie tego potrzebowali :) Czuję, że przekaz, który niesie ta muzyka jest potrzebny w naszym kraju. Gdyby więcej ludzi słuchało reggae, ludzie byliby bardziej wyluzowani, podchodziliby do innych z szacunkiem. Nie ocenialiby siebie po wyglądzie, tylko próbowaliby się poznać.

Co w twoim życiu odegrało rolę: łut szczęścia czy ludzie?

Najbardziej mi pomogli bliscy: rodzina, przyjaciele, zespół, menedżerowie. Stanowimy zgraną paczkę, która tworzy jedną wielką rodzinę. Mamy wspólny wierzchołek tej samej góry, patrzymy w tym samym kierunku. Dzięki temu pokonujemy te wszystkie przeszkody. No i rozwijamy się.

A twoja szkoła? Pomogła ci, zaszkodziła, mile ją wspominasz?

W szkole średniej miałem zawsze wokół siebie miłych ludzi. Bardzo tęsknię za gwarem, za znajomościami. Miałem pozytywną energię od ludzi. Chodziłem też do szkoły muzycznej pierwszego stopnia, która pozwoliła mi poznać podstawy, żeby tworzyć muzykę. Ale mimo, że znałem nuty byłem człowiekiem, który uwielbiał grać ze słuchu. Grałem tak jak czułem. Na pewno miała na to wpływ muzyka reggae.

A na Jamajce znalazłeś to szczególne słońce?

No oczywiście. Było bardzo gorąco, słońce odnalazłem w muzykach, których poznaliśmy. Mieliśmy możliwość grać z muzykami Boba Marleya, z muzykami Shaggy’ego, którzy okazali się normalnymi ludźmi, otwartymi na współpracę z młodymi z innego kontynentu, o innym kolorze skóry. To pokazało mi, że tak naprawdę nie ma żadnych barier. Liczy się tylko muzyka. Tam nauczyłem się, żeby pokazywać swoje emocje na scenie.

Na płycie śpiewasz o byciu sobą. Udaje ci się nie zatracić siebie, nie popaść w mechanizm branży?

To trudne, bo człowiek z dnia na dzień się zmienia. Każdego dnia uczymy się czegoś nowego. Wiem jednak, że ten korzeń, który mam w sobie nie zmienił się. Pracuję nad opanowaniem emocji, gdy przychodzi krytyka. Na początku przeżywałem krytykę, ale teraz czuję się megasilny. Ludzie, którzy przychodzą na koncerty pomagają mi wierzyć w siebie. Dzięki nim wiem, że to co robię ma jakiś sens. Mam nadzieję, że ci ludzie też budują fundament, o którym marzę.

Z kim bardzo chciałbyś zagrać?

Moim marzeniem jest nagranie płyty z Gentlemanem, który był moją wczesną inspiracją. Ale nie mam takiego parcia, żeby do niego dzwonić. Wolałbym, żeby to się odbyło drogą naturalną.

Na twojej płycie znalazła się tez piosenka Marka Grechuty. Jesteś jego fanem?

Tak, piosenki Grechuty wpłynęły na to, że zacząłem śpiewać, miałem z tego satysfakcję. Przed reggae brałem udział w konkursach poezji śpiewanej.

A jak nie słuchasz swojej muzyki to czego słuchasz?
Reggae. (śmiech). No wiesz, słuchałem różnych gatunków muzyki, dubstepu, funka. Chciałbym eksperymentować, łączyć gatunki, stworzyć coś nowego, swojego, co zainspirowałoby kolejne młode pokolenie.

A poza muzyką. coś cię interesuje?

Jak każdy facet kocham motoryzację, dźwięk silnika… Jeżdżę na motocyklu. To sprawia, że odrywam się od rzeczywistości. Gdy miałem cztery lata znałem np. wszystkie znaki drogowe, wszystkie marki samochodów.

Więcej pytań i odpowiedzi w Cogito nr 24 :)

Wywiad dla WP.pl z Kamilem Bednarkiem i Zwierzem

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.muzyka.wp.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Karolina Wanat.
StarGuardMuffin, „Mam Talent” teraz Bednarek i płyta „Jestem”. Kawałek drogi za tobą.

Kamil Bednarek: Droga była krótka, ale wyboista. Po powstaniu StarGuardMuffin przez trzy lata graliśmy bez żadnego boomu i mediów. Występ w telewizji był mega spontaniczny, ale to on tak naprawdę rozpoczął nowy rozdział w moim życiu. Sprawił, że zespół stał się popularny, a dzięki temu pojawiły się zupełnie nowe możliwości. Dzięki temu, że dostałem taką szansę i dzięki temu, że trafiłem w dobre ręce managementu, dalej gram i rozwijam swoje umiejętności.

Dlaczego zmieniliście nazwę na Bednarek?

Kamil Bednarek: Obiecaliśmy sobie wewnątrz zespołu, że jeśli któryś z nas odejdzie, to zmienimy nazwę. Może to naiwne i ktoś może to źle odebrać, ale przez fakt, że to ja byłem w tych programach, ludzie i tak kojarzyli przede wszystkim moją osobę. A chłopaki z zespołu w sumie się cieszą, bo jak jest ciśnienie po koncertach, to oni mogą swobodnie poruszać się po klubie, wypić piwko, etc. Ja mam zupełnie inne życie, ale między nami nie ma zazdrości. Jesteśmy jak rodzina, nie możemy bez siebie wytrzymać. Kiedy rozjeżdżamy się do domów, to i tak do siebie dzwonimy. Myślę, że na chwilę obecną nazwa Bednarek jest najwłaściwsza i najbardziej czytelna dla ludzi.

Piotrek Stanclik: Kamil jest najbardziej rozpoznawalną osobą w zespole. Każdy z nas ma za sobą współpracę z różnymi muzykami, ale nie w tym tkwi istota rzeczy. Chodzi o Kamila. Ludzie przychodzą przede wszystkim dla niego, a nie dla nas. Ot co.

Kamil Bednarek: Zawsze powtarzam, że oni są dla mnie prawdziwym wsparciem.

Czyli nie masz jeszcze osobnej garderoby?

Kamil Bednarek: Kawior i w ogóle… Nie no przestań. Dla mnie to jest w ogóle niepotrzebne, to raz. Dwa, ja jestem normalnym kolesiem, a nie jakąś rozkapryszoną gwiazdą. Nie lubię przesadnego uwielbiania, wywyższania się, itp. Spotkałem dużo ludzi w tej branży, którzy strasznie zrazili mnie do siebie takim zachowaniem. Obiecałem sobie, że nigdy się taki nie stanę. Wolę być dla ludzi, a dzieli nas tak naprawdę tylko scena. I to przez krótką chwilę. Jesteśmy takimi samymi ludźmi jak nasza publiczność, tyle tylko, że ja śpiewam…

Piotrek Stanclik: Wszyscy mówią, że chcą być autentyczni. O ile niektórzy do tej autentyczności mają kawał drogi, to on ma blisko. To jest ewidentny atut Kamila.

Na wasze koncerty nadal przychodzą tłumy uroczych nastolatek?

Kamil Bednarek: To były słodkie początki. Stał się mega boom i na koncertach rzeczywiście zauważało się przewagę nastolatek. Poza tym pojawiali się też tacy, którzy twierdzili, że to, co gram, to nie jest reggae, że moja muzyka w ogóle nie nadaje do słuchania, etc. Na początku mnie to trochę dołowało, ale z czasem zdałem sobie sprawę, że bez sensu jest tak bardzo przejmować się zdaniem innych. W tym kraju za dużo myślimy o tym, co myślą o nas inni. Postanowiłem zrobić coś na przekór, lubię takie wyzwania. Lubię ten kraj, chociaż tu zawsze jest pod górkę. A ja kocham, jak jest trudno, chociaż czasami kosztuje to dużo nerwów. Jak wiesz, że miałeś ciężko, a mimo to osiągasz cel, nagle czujesz satysfakcję i jesteś w środku silniejszy. Ja się nie poddałem, graliśmy gdzie się dało, m.in. na Przystanku Woodstock, Ostródzie, Bielawie. Jednocześnie udało się też wystąpić na Top Trendy w Sopocie. Zgodziłem się na ten koncert, żeby podziękować wszystkim ludziom, którzy kupili płytę i pokazali, iż ktoś, kto wcześniej nic nie miał, może coś osiągnąć. W „Mam Talent” przede wszystkim wygrałem fanów, dzięki którym mogę się rozwijać i spełniać swoje marzenia. Umówmy się: zespół, który nie ma fanów, nie istnieje. Dostaliśmy szansę, którą – mam nadzieję – odpowiednio wykorzystujemy. Muzyka reggae została zepchnięta do niszy, ale ma to jednak swoje plusy. Gdyby stała się zbyt modna, to podejrzewam, że stałaby się mocno zepsuta i mniej autentyczna. Media kreują gwiazdę, sprzedadzą „towar” i zabierają się za tworzenie następnej. Chciałbym zbudować w ludziach fundament. Koncentruję się na tym, żeby do nich mówić i żeby oni zechcieli mnie słuchać. Po udziale w tych wszystkich festiwalach nasza publika dojrzała. Istotą rzeczy jest fakt, że ludzie nadal przychodzą na moje koncerty i nie zapomnieli o Bednarku.

Piotrek Stanclik: Nie jest już tak, że przychodzą tylko tłumy nastolatek. Pojawiają się również ludzie, których do młodzieniaszków na pewno zaliczyć nie można. Przychodzą nawet tacy, którym niewiele brakuje do wieku przedemerytalnego (śmiech).

Kamil Bednarek: Zawsze marzyłem o koncertach, na których będzie szeroki wachlarz wiekowy. Nie wiem, po co ludzie tworzą te wszystkie dziwne podziały. Muzyka jest dla każdego i każdy po swojemu ją odbiera. Jednemu jakiś tekst może pomóc, dla innego będzie inspiracją, a ktoś następny pokocha jakąś melodię. Tak naprawdę każdy powinien odnajdywać w muzyce radość i pewne wskazówki od artysty, który jeśli coś przeżywa, to pisze o tym. Muzyka powinna pomagać ludziom, łączyć ich, a nie sprawiać, żeby bez sensu się dzielili.
Powiedziałeś, że reggae zepchnięto do niszy. Dlaczego tak się stało?

Kamil Bednarek: Muzyka reggae jest bardzo łatwo przyswajalna. Niektórych to wręcz razi, że jest aż tak prosta. Nie zdają sobie sprawy, że w tej prostocie tkwi prawdziwa siła. Jeżeli ktoś próbował śpiewać reggae, to po kilku próbach już wie, że wcale nie jest to łatwa muzyka. Po pierwsze liczy się ekspresja uczuć i emocji, a wszyscy zazwyczaj za bardzo eksponują swoje wokale. Chcą na siłę pokazać, co potrafią. Tu chodzi o to, co i jak przekazujesz w swoich tekstach.

Piotrek Stanclik: Jeszcze trzeba zrobić to w sposób ciekawy, oryginalny, a nie tak, jak wszyscy.

Kamil Bednarek: Staramy się z chłopakami stworzyć własne brzmienie. Szukać, łączyć style w ten sposób, że w pewnym momencie sama stwierdzisz, że to nie jest reggae, soul czy rap, tylko po prostu Bednarek! Wiesz o co chodzi? Stworzyć swój styl, który może posłużyć jako inspiracja dla kogoś, kto z tego zrobi coś jeszcze lepszego. To trudne wyzwanie, ale myślę, że jesteśmy w stanie mu podołać.
Okładka „Jestem” skojarzyła mi się z plakatem KSW, czy filmem zatytułowanym, powiedzmy, „Wojownik”.

Kamil Bednarek: Musiałem walczyć, by być, trwać, tworzyć. Nie dałem się… Największa walka była z samym sobą, żeby nie zwariować od tego całego szumu. Pomyślałem, że album nazwiemy „Jestem…”, bo ja wciąż jestem sobą. Były trudne momenty, ale teraz już jest w porządku. Wszystko się klaruje, postawiliśmy przed sobą nowe cele.

Na tej płycie śmiało łączycie różne style. Do tego pojawia się Jelonek, który kojarzony jest z nieco innym rodzajem muzyki.

Kamil Bednarek: Nasz manager Wojtek dobrze zna się z Jelonkiem. Wcześniej mieliśmy okazję się poznać. Nie wyobrażałem sobie, że można tak fajnie dorzucić coś od siebie. Michał pozytywnie mnie zaskoczył – widać, że kocha to, co robi. Na pewno dla niego to też było duże wyzwanie. Nie szufladkował mnie, podszedł do mnie, jak do normalnego człowieka. Widać, że ma ogromne pojęcie o tym, co robi. Te smyczki brzmią jak u Damiana Marleya…

Piotrek Stanclik: Nie sądzę, żeby Jelonek był specjalnym fanem reggae, ale jest muzykiem ze wszech miar uniwersalnym. Nie zamyka się muzycznie, potrafi się odnaleźć w każdej stylistyce. Zagrał solówkę w piosence „Revolution” i to jest solówka, której normalnie gitarzysta metalowy by się nie powstydził.
Kogo jeszcze zaprosiliście do współpracy?

Kamil Bednarek: Zaprosiłem gości, których szanuję za twórczość i którzy są prawdziwi w tym, co robią. Pojawia się Gutek, który jest dla mnie prawdziwym autorytetem. To mega skromny i zdolny gość. Jak zakładałem zespół marzyłem o tym, żeby móc z nim kiedyś coś nagrać. Wtedy to wydawało się takie nieosiągalne, a tu nagle okazuje się, że spełniasz marzenia z osobą, która jest dla ciebie swoistym wzorcem. Gutek też ma na koncie wiele sukcesów, ale pozostał normalnym człowiekiem. Cieszę się, że jest na naszej płycie. Była fajna energia w powietrzu, nasze głosy też zgrały się wyjątkowo dobrze. Kolejnym gościem na „Jestem” jest Dawid Portasz, który był na Jamajce przede mną. Łączy nas wspólny klimat, dużo czasu spędziliśmy na owocnych rozmowach. Powiedziałem mu, że nagrywam płytę i jeśli będzie miał ochotę, to się do niej może dograć. Podesłałem mu tekst i poglądową wersję kawałka. Zgodził się… Dawid Portasz, to taki trochę reggae’owy Elvis polskiej sceny. Jak pojechaliśmy na Jamajkę, to tam wszyscy pamiętali jego wokal. Powiedzieli, że jest niesamowity. Jamajczycy bardzo doceniają jego pracę. Dla mnie to duża radość i satysfakcja nagrywać z kimś takim. Na tej płycie jest jeszcze Staff – raper, który bardzo szybko się rozwija. Ziomek, z którym nagrywałem jeszcze przed tym całym zamieszaniem. Bardzo w niego wierzę. Na tej płycie spisał się wyśmienicie. Z kolei w chórkach zaśpiewała moja siostra, Kornela. Pierwszy raz nagrywaliśmy coś razem poza „Bitwą na Głosy”. To było dla niej na pewno stresujące i ogromne wyzwanie. W duecie z nią pojawiła się Ania Mrożek, również z mojej drużyny z „Bitwy na Głosy”. Listę zaproszonych muzyków uzupełnia Adam Mościki, perkusjonista z Maleo Reggae Rockers oraz trąbki z Zion Train – jedna z najlepszych sekcji dętych na świecie, jeśli chodzi o muzykę reggae.

Na płycie pojawia się cover Marka Grechuty „Dni, których nie znamy”.

Kamil Bednarek: Na pewno nigdy nie zaśpiewam tego lepiej niż Marek Grechuta. Wykonuję to po swojemu. Kiedy zaczynam śpiewać ten numer na koncercie i widzę, co się dzieje z tymi ludźmi… Nie lubię słuchać swojego głosu w tym utworze, bo jestem przyzwyczajony do wykonania Marka Grechuty, którego jestem zagorzałym fanem. W sumie od niego zaczynałem śpiewać. Pierwsze konkursy, na których wygrywałem odtwarzacze mp3. To musiał być jakiś znak. Mam ogromny sentyment do „Dni, których nie znamy”. Przy okazji przekaz jest w pełnej zgodzie z tym, o czym ja śpiewam i co próbuję przekazywać ludziom. Pomyślałem też, że warto przemycić trochę dobrej tradycji, żeby młode pokolenie nie zapomniało, a temu starszemu sprawić małą niespodziankę. Jeżeli Marek z góry spogląda na ziemię i ogląda, jak to śpiewam, to mam nadzieję, że jest dumny, iż stworzył coś takiego. Jest to utwór, który naprawdę potrafi łączyć pokolenia.

Płyta jest zdecydowanie bardziej refleksyjna niż zabawowa.

Kamil Bednarek: Myślę, że to przez to, że dużo przeżyłem przez te dwa lata. Przeszedłem taki przyspieszony kurs dojrzewania. Nie chciałem w swoich tekstach przesadzić, żeby nie były zbyt trudne i skomplikowane. Uwielbiam, kiedy coś trafia bezpośrednio do człowieka. Ludzie z różnymi doświadczeniami mogą różnie odbierać moje słowa. Po pierwsze ze względu na mój młody wiek, po drugie na moje przeżycia, a po trzecie – każdy człowiek to osobny wszechświat i każdy inaczej postrzega swoje otoczenie. Proste teksty są największą siłą. Bob Marley był dla mnie mistrzem, bo potrafił w prostych słowach przemycić tak głębokie przemyślenia. To, o czym śpiewał, jest zupełnie inne niż to, o czym śpiewam ja. Nie zamierzam w kółko powtarzać, że „dża dża”, „rastafara”, albo o tym, żeby cały czas palić Babilon, gdyż nie jestem wyznawcą rastafarianizmu. Chcę śpiewać o tym, co jest wokół nas. Jeżeli trzymając się tego przekazu, który niesie muzyka reggae, mogę napisać kawałek, oparty na moich doświadczeniach i ten tekst komuś pomoże, to jest to mega fajne uczucie. Ktoś przychodzi do mnie i mówi, że moja muzyka pomogła mu w trudnych chwilach. Wówczas serce naprawdę rośnie…

Piotrek Stanclik: Chodzi o to, żeby być rozumianym przez wszystkich. Nie odnosić się do języka używanego tylko w małej grupie, bo wtedy rzeczywiście wylądujemy w niszy i będziemy komunikatywni tylko dla wąskiego grona ludzi.

Często zdarza się, że po koncertach podchodzą do ciebie fani, żeby podzielić się swoimi doświadczeniami i przeżyciami?

Kamil Bednarek: Na moje koncerty przychodzą wrażliwi ludzie i z nimi bardzo fajnie się rozmawia. Wiadomo, że niektórzy chcą się wyszaleć i złapać dobrą energię, a to też jest istotne. Ja bardzo szanuję to, że ktoś potrafi przyjść do klubu, wydać swoje oszczędności i poświęcić swój czas, by móc się wyskakać i wesprzeć artystę. Muzyka zagrana na żywo jest zupełnie inna niż ta odtwarzana w domowym zaciszu. To kompletnie odmienna energia, kiedy masz bezpośredni kontakt ze swoim słuchaczem. Czasami na koncertach spotykam ludzi, którzy mają niesamowitą historię, przeżyli coś mega ciężkiego i któryś z tekstów trafił do nich i zaczynamy o tym rozmawiać. Na Europejskich Targach Muzycznych podszedł do mnie starszy pan, którego syn popełnił samobójstwo. Ten syn też śpiewał reggae. Strasznie mu się z nim kojarzyłem. Przyszedł, przytulił mnie i się rozpłakał. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Pierwszy raz miałem taką sytuację. Dał mi płytę z jego piosenkami i poprosił, żebym posłuchał. Apelował, abym pilnował tego, co robię i żebym dawał młodym ludziom nadzieję. Miałem łzy w oczach. Czasami to są trudne sytuacje, bo muszę zmagać się z własną wrażliwością, a z drugiej strony cieszę się, że ludzie odbierają mnie jako normalnego kolesia, który też ma uczucia. Nie jestem wkręcony w świat celebrytów, który omijam z daleka. Fani traktują mnie, jak swojego człowieka. Doceniam, kiedy potrafią mi zaufać, nie znając mnie tak do końca. To dobry znak, iż ludzie zauważają, że jestem szczery w tym, co robię. To najpiękniejszy z komplementów, jaki mogę usłyszeć.

Wspominałeś o problemach, które przeszedłeś. Miałeś problemy z głosem?

Kamil Bednarek: Jestem samoukiem i nigdy nie uczyłem się śpiewać. Teraz wiem, że podchodziłem do tego zbyt emocjonalnie. Nie dbałem o gardło, nie robiłem inhalacji, nie rozśpiewywałem się, nie nawilżałem strun głosowych… Po prostu wychodziłem na scenę i śpiewałem. Często po koncercie pojawiała się chrypka i tak to trwało. Zagrałem znacznie więcej koncertów niż wcześniej, a dla mnie i moich strun głosowych to było ogromne obciążenie. Miałem polipa, który okazał się na tyle duży, że musiałem poddać się laserowemu zabiegowi na strunach głosowych. Gdybym tego nie zrobił, to mogłoby się to dużo gorzej dla mnie skończyć. Miałem spory stres, bo przy takich zabiegach zawsze pojawia się ryzyko. Jednak się udało. Ktoś z góry dał mi widocznie znak: „Stary zadbaj o siebie”. Teraz śpiewam zupełnie inaczej, nie zdzieram się tak jak wcześniej. Mój głos też się trochę zmienił. Podejrzewam, że przez to, iż coraz więcej śpiewam. Doświadczenie robi swoje.

Zastanawiałeś się, co będzie, jeśli nie będziesz mógł śpiewać?

Kamil Bednarek: Gram na saksofonie. Mógłbym smutny jazz grać i dorabiać na budowie (śmiech).

Piotrek Stanclik: Bez krtani byś nie mógł grać.

Kamil Bednarek: To na klawiszach bym sobie grał albo na perkusji lub na gitarze. Tak czy owak grałbym na pewno.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.