Archiwa blogu

Wywiad po koncercie w Żurominie

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.kurierzurominski.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Adam Ejnik.

 

Bednarek nie jest gwiazdą

Adam Ejnik: Wyczerpany?

Kamil Bednarek: Tak. Jak widać. Daję z siebie wszystko podczas koncertu. Potem muszę wyjść jeszcze do swoich fanów. To mój obowiązek, ale i ogromna przyjemność. Dziś dość długo rozdawałem autografy, a później jeszcze te sesje zdjęciowe. (śmiech)

AE: Jesteś gwiazdą?

KB: Nie, nie, nie. Nie lubię tego słowa. Może lepiej brzmi, że jestem popularny. Tak. Jestem popularny. Mam swój czas. On jest teraz i nie wiem, jak długo będzie trwał, ale zrobię wszystko, żeby moje śpiewania i muzyka podobały się jak najdłużej.

AE: Widzę, że nie jest łatwo być gwiazdą… to znaczy popularnym. Ledwie się wyrwałeś z objęć swoich wielbicielek.

KB: Bez przesady. To całkiem miłe. To są moi fani. Przychodzą, żeby mnie posłuchać. Ja jestem dla nich. Takie role przybraliśmy. Świadomie. Nawzajem sobie dajemy pozytywną energię. Nakręcamy się. Oni mnie kochają, a ja kocham ich. A z tym uwielbieniem, to chyba tak do końca nie jest…

AE: Jest, jest. Dziewczyny prawie mdleją. Są zakochane. Jak sobie z tym radzisz?

KB: Nie zapobiegam (śmiech). Nie uciekam. To jest taka miłość sceniczna, platoniczna. Ja też kocham swoich fanów.

Kilka godzin wcześniej Kamil Bednarek kręcił się po korytarzu w wielkim kapturze. Zajrzał na chwilę do sali kinowej. Z ciekawości… zobaczyć ilu widzów, jak prezentuje się na scenie Ruch Wolnych Myśli zespół, który supportował Bednarka. Fanki poznały go natychmiast. Zaczęły piszczeć. Musiał wyjść z sali.

Na „Mam talent” wyciągnęli mnie z łóżka

AE: Na drabinę popularności wspiąłeś się dzięki telewizji.

KB: Tak. Nie będę ukrywał, że rozgłos zyskałem dzięki programowi „Mam talent”. Pewnie bez tego programu byśmy grali do dziś, ale nie bylibyśmy tak popularni. To jest siła telewizji.

AE: Mimo że „Mam talent” nie wygrałeś…

KB: Z jednej strony nie wygrałem. Byłem drugi. Nie otrzymałem głównej nagrody, ale z drugiej strony wygrałem: jeżdżę po Polsce, gram dziesiątki koncertów, na których wypełnione są sale. Gdyby nie „Mam talent”, dziś pewnie byśmy nie rozmawiali.

AE: Nie rozmawialibyśmy również, gdyby nie twoi przyjaciele. Ponoć na casting do „Mam talent” wyciągali cię siłą z łóżka?
KB: (śmiech) To prawda. Byłem wtedy po fajnej imprezie. No i nie wstałem na czas. Dobrze, że po mnie przyjechali. Dziękuję wam, przyjaciele. Naprawdę, niewiele wtedy brakowało, żebyśmy nie dojechali do Wrocka na casting.

AE: Miło wspominasz te chwile z programu tv?

KB: Tak. To była prawdziwa, czarująca przygoda. Nagle zacząłem być w jakimś innym wymiarze, który do tej pory był nieosiągalny. Ale był to też świat, w którym czaiły się ze wszystkich stron demony.

AE:???

KB: Nie masz pojęcia, ile wilków osaczało nas w tym czasie. Ilu fałszywych, ile zwodniczych propozycji otrzymywaliśmy. Na szczęście mam menadżerów, którzy są moimi przyjaciółmi. Tu uniknąłem rafy i mielizny. To są ludzie, na których zawsze można liczyć. Którzy doradzą i pomogą. Jestem szczęściarzem…

Nie schowa mnie mój kaptur

AE: Czy sława to szczęście?

KB: Nie tylko. Jest też coś, za czym tęsknię, a co na tę chwilę straciłem. Jest to prywatność. Stałem się osobą publiczną i… trach, nagle wokół pojawili się ludzie, którzy poznają mnie na ulicy, pokazują palcami. Straciłem anonimowość. Trudno mi przejść po cichu ulicą. Nie mogę wszędzie chować się pod swój kaptur.

Gdy już skończyliśmy naszą rozmowę, do Żuromińskiego Centrum Kultury przyniesiono pizzę. Kamil Bednarek urwał jej kawał i zajadał się. „Muszę to sfotografować” – pomyślałem. Spojrzał tylko i z uśmiechem powiedział „Chyba zasłużyłem na 5 minut prywatności”. Jednak do prawdziwych walk doszło przed budynkiem. Kiedy trafił tam dostawca pizzy, znalazło się wiele amatorek, żeby go wyręczyć i samemu dostarczyć pizzę do Bednarka. Ponoć dostawca był nieugięty.


AE: Jesteś innym człowiekiem niż Bednarek sprzed „Mam talent”?

KB: Z pewnością. Jestem starszy i bardziej doświadczony. Ten dwuletni okres to dla mnie największa lekcja, jaką od życia otrzymałem. Ale z drugiej strony, nie zadzieram nosa. Jestem ciągle chłopakiem z Lipek i nie zamierzam gwiazdorzyć. Nic mnie bardziej nie denerwuje, jak pogarda dla drugiego człowieka, której wkoło jest pełno. Mam nadzieję, że tak również sądzą wszyscy, którzy byli ze mną przed „Mam talent”. Jestem Kamil Bednarek, który śpiewa o tym, jaki jest i o tym, jaki mógłby być świat.

Najważniejsi są ludzie

AE: Uniknąłeś sodówy?
KB: Mam 21 lat. Wokół pełno pokus, przed którymi trudno się uchronić. Pojawiły się pieniądze, a ja nie wywodzę się z rodziny bogatej. W takich momentach dobrze mieć przy sobie zaufanych ludzi. Ja ich miałem. Miałem przyjaciół, najbliższych. Jeśli się zmieniłem przez ten okres, to na pewno na lepsze. Może jestem kapryśny. Lubię spać i nie chce mi się rano wstawać. Ale profesjonalizmu uczą mnie przyjaciele. Coraz więcej od siebie wymagam. Obiecuję, woda sodowa nie uderzy mi do głowy.

AE: Profesjonalizm to pieniądze. Nie ukrywajmy, pojawiły się w twoim życiu. Grasz dla pieniędzy?

KB: Nie! Gram dla muzyki, gram dla ludzi, gram z miłości do tej muzyki. Pieniądze to przyjemny dodatek. Gdyby ich nie było, to też bym śpiewał. Nasze granie to nie tylko komercja, chociaż tej nie można uniknąć. Moim celem nie jest sława. Celem jest muzyka. Zobacz, że ja zamiast występować w telewizji, jeżdżę i koncertuję. My się rozwijamy. Ja się rozwijam muzycznie i uczę.
I tak naprawdę nie chcę grać dwa, trzy lata, nachapać się siana i przestać. Zależy mi na czymś zupełnie innym, chcę zbudować fundament, chcę, żeby pojawili się ludzie, którzy będą czekali na moją płytę ze względu na muzykę, jaka się na niej pojawi.
W reggae nie chodzi o wiek

AE: I nie przeszkadza Ci że pod sceną same nastolatki?

KB: Nieprawda. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszy koncert. Pełen przedział wiekowy i nastolatki, i ludzie dojrzali, a i widziałem takich bardziej zaangażowanych wiekowo. Co prawda ci ostatni nie szaleli pod sceną, ale tu byli. Słuchali muzyki reggae.

W reggae naprawdę nie chodzi o wiek. Nie jest ważne, ile się ma lat. Tu słucha się sercem. Mam nadzieję, że ludzie nie przychodzą na Bednarka z telewizji, a po to, by posłuchać dobrej muzyki.

AE: Kamil Bednarek, chłopak z Lipek. Z miejscowości, która jest mniejsza nawet od naszego Żuromina. Niech Kamil Bednarek powie czytelnikom z Żuromina, Bieżunia, Kuczborka, Lubowidza, Lutocina, Siemiątkowa i z wielu jeszcze mniejszych miejscowości, jak stać się popularnym?

KB: Tak, jestem z Lipek, małej miejscowości cichej i spokojnej. U nas żyją ludzie skromni, jest ładnie. Wokół same lasy i łąki. Mamy tu ciszę i spokój. Moich Lipek za nic nikomu nie oddam. Ale ja chłopak z Lipek gotowej recepty na sukces nie mam. I nikomu takiej nie dam. jedno jest ważne: miejcie pasje. I to nieważne, czy jest to śpiewanie, czy granie, czy robienie zdjęć czy malowanie.
Żeby osiągnąć sukces, trzeba mieć coś, co się kocha. Po drugie wreszcie: pielęgnujcie swoje pasje. Pasja niepielęgnowana umiera. Dbajcie o nią codziennym pochylaniem się nad nią, codzienną pracą nad jej doskonaleniem. Później już pewnie dużo zależy od szczęścia. Czy na naszej drodze znajdą się właściwi ludzie, których obecność będzie sprzyjać zdobywaniu popularności. Oczywiście szczęściu należy pomóc. Pokazujcie wytwór swojej pasji. Naszą miłość pokażmy innym. Ja mam pasję – muzyka reggae. Kocham ją i udało mi się ją pokazać światu. Została dostrzeżona. Ot cała tajemnica mojej popularności.

AE: No to jeszcze poprosiłbym o poradę dla mam i babć i gospodyń. Poradę kulinarną. Co trzeba jadać, żeby tak ja ty dziś skakać przez trzy godziny po scenie.

Bednarek zrobił w kinie show. Skakał, krzyczał, bawił się, a z nim publiczność. Takiego spektaklu chyba u nas jeszcze nie było.

KB: (śmiech) Dobre. Ja kocham tradycyjne jedzenie. To przygotowane przez mamę, przez babcię. Uwielbiam kluski śląskie, kurczaka. Jem wszystko. No prawie wszystko. Nie ma jak to jedzenie domowe, regionalne. Odżywiajcie się zdrowo i bądźcie silni. Pozdrawiam wszystkich Czytelników Kuriera.

Wyszedł, mówił jeszcze, że Żuromina dobrze nie widział, bo jak tu wjechali to spał. Dla niego Żuromin, to wnętrze Żuromińskiego Centrum Kultury i entuzjastyczni fani. Nie obiecywał, że jeszcze przyjedzie. Ale kto wie? Może już w Dni Żuromina. Wróble tak ćwierkały.

Rozmawiał Adam Ejnik

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.