Wywiad dla T-Mobile-Music

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.t-mobile-music.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Jurek Gibadło.

 

Na „Jestem…”, pierwszej płycie wydanej pod własnym nazwiskiem, Kamil Bednarek śpiewa i gra bardziej refleksyjnie, niż w Star Guard Muffin, ale równie przebojowo. Rozmawialiśmy o jego nowej muzyce, zmianie szyldu i kondycji reggae.

WYWIAD: Wyjść do ludzi - T-Mobile Music
Zdjęcia: materiały promocyjne / Mentalporn.com

 

Jak traktujesz zmianę szyldu ze Star Guard Muffin na Bednarek? Jako nowy początek, krok do przodu?
No tak, to jest przede wszystkim nowy zespół. Odeszli Kuba i Szymon, mam dwóch nowych muzyków [Mowa o Piotrze Stancliku i Piotrze Bielawskim – przyp. aut.], którzy podnieśli średnią wieku. (śmiech) Są od nas starsi, ale nie ma między nami żadnych barier i razem wykonaliśmy krok do przodu. Czasami sobie myślę, że może wydać się trochę dziwne, że nazywam zespół własnym nazwiskiem, ale z drugiej strony – jeszcze za czasów Star Guard Muffin – wszyscy kojarzyli nas z szyldem Bednarek, więc pomyślałem, że będzie to łatwiejsze w odbiorze dla ludzi. Gdy zobaczą moje nazwisko na plakatach, będą wiedzieli, że nadal gram.

W oficjalnym oświadczeniu czytamy, że działalność Star Guard Muffin została zawieszona, a nie zakończona. Widzisz możliwość powrotu tego zespołu?
Wiesz, zawsze może się zdarzyć tak, że jeszcze zrobimy razem z chłopakami jakiś projekt, zatem nie jest powiedziane, że już nigdy razem nie zagramy. Obiecaliśmy sobie, że jeżeli któryś z nas odejdzie, to zmienimy nazwę, więc wywiązujemy się z umowy. Ale chcemy iść naprzód, zatem nie było mowy, o zaprzestaniu pisania muzyki i koncertowania.

Tyle tylko, że przez swą popularność wystawiłeś się na łatwy cel krytyki…
Podchodzę z dystansem do swojej popularności i obecności w serwisach plotkarskich, zazwyczaj się po prostu z tego śmieję, bo to zabawne, jaką ludzie potrafią mieć wyobraźnię. (śmiech) Mimo bycia znanym, pozostałem sobą, ale zdaję sobie sprawę z tego, jakie są koszty powszechnej rozpoznawalności.

Zawsze podkreślałeś, że Star Guard Muffin to zespół pięciu równorzędnych muzyków. Jak to jest w przypadku Bednarka?
To zależy, pod jakim względem. Podstawową różnicą pomiędzy mną, a chłopakami jest fakt, że Kamil Bednarek to osoba publiczna, a reszta zespołu na szczęście nie. I powiem ci, że oni mi nie zazdroszczą, gdyż wiedzą, z czym to się wiąże. Utrata prywatności, konieczność uważania na każdy ruch, bo zależy mi na tym, co robię i nie chcę tego stracić. Chłopaki mogą pozwolić sobie na wyjście do klubu, relaks poza domem, a ja muszę odpoczywać w czterech ścianach – na szczęście radzę sobie. Jeśli zaś chodzi o relacje, to nie ma między nami większych różnic, szanujemy się wzajemnie. Jedyny przywilej, jaki mam, to chyba ten, że mogę wracać do hotelu osobnym samochodem z naszą menedżerką. (śmiech)

Twój osobisty sukces przyczynił się do tego, że reggae znów jest modne. Zauważasz tę różnicę?
Jasne, teraz na koncertach pojawia się bardziej zróżnicowana publika, co jest powodem do radości. Poznaję ludzi, którzy na co dzień słuchają rapu, ostrego rocka, a nawet takich, którzy nie interesują się muzyką. Oczywiście fani reggae też licznie stawiają się na koncertach. Powiem ci, że teraz to dopiero jest wyzwanie – by to, co stało się modne, nie zostało zdeformowane. Reggae niesie ze sobą piękny przekaz i nie chciałbym, żeby stało się ono jedynie elementem marketingu. Jednak ta muzyka w pewnym sensie nadal pozostaje w niszy, więc jej obecna popularność przypomina o reggae starym fanom, a młodym pomaga ją poznać, odkryć dla siebie.

Doszło też do tego, że grasz jako headliner koncertu z takimi ekipami, jak Maleo Reggae Rockers. Czujesz satysfakcję czy raczej odpowiedzialność?
Szczerze mówiąc, gdy gram podczas jednej imprezy z ludźmi, od których ja osobiście wiele się nauczyłem, to chcę występować przed nimi. Ale na przykład Darek Malejonek sam zaproponował: „słuchaj, dziś ty zagrasz jako ostatni, a na następnym koncercie będziemy to my” i to jest fajne. Bynajmniej nie czuję się między nimi jak gwiazda. Zresztą, sympatyczne z ich strony jest to, że starsi dali mi możliwość i czas, bym zaprezentował siebie, bym pokazał, że robię to, co kocham, a nie to, co muszę. To dla mnie także wyzwanie, ponieważ muszę udowodnić, że znalazłem się w miejscu, w którym jestem nie przez przypadek.

Czytałem ostatnio autobiografię Roberta Brylewskiego „Kryzys w Babilonie”. Napisał coś takiego: „Muzyka reggae budzi obecnie ogromne zainteresowanie, jest dużo festiwali. Rozwój sceny jest zaskakujący, ale są i negatywne konsekwencje: w tym gąszczu umykają talenty, trzeba się rozpychać łokciami”. Zauważyłeś takie zjawisko?
Myślę, że w każdym gatunku, o jakikolwiek byś nie zapytał, są wartościowi artyści, którzy muszą się mocno rozpychać, by zostać zauważonymi. Ja sam doświadczyłem na początku mojej przygody czegoś takiego: bardzo chcesz, a nie masz jak się wybić. Moim zdaniem wszystko zależy od chęci. Na początku my też dużo dokładaliśmy do zespołu, jeździliśmy starym busem na gaz, a podróż na koncert w mieście oddalonym o 300 kilometrów była dla nas wyprawą życia. (śmiech) W końcu jednak zaczęło nam się udawać – wygrywaliśmy kolejne festiwale, a to, co zarobiliśmy, odkładaliśmy na płytę. Nawet jeśli jest ciężko, warto walczyć, by móc realizować swoje marzenia, a później może nawet pomagać innym. Takich przebijających się zespołów jest mnóstwo, wczoraj w Toruniu [rozmowa odbyła się 1 grudnia – przyp. aut.] graliśmy dobry koncert z kapelą Parasol, podobnie było z Raggafaya, której też się jakoś udało – dziś koncertują z nami i normalnie funkcjonują.

Od jakiego reggae zaczynałeś: od polskiego czy jamajskiego?
Zacząłem od polskiego. Słuchałem East West Rockers, Maleo Reggae Rockers, Tabu, Junior Stress, przez chwilę Jamala. Oni byli dla mnie zrozumiali, bo nie znałem wtedy zbyt dobrze angielskiego. Gdy już na całego zakochałem się w tej muzyce, odkryłem dla siebie Boba Marleya.

Wspomniałeś po powrocie z Jamajki, że pobyt w tym kraju zmienił twoje podejście do tworzenia muzyki. Co konkretnie?
Po pierwsze przestałem się bać eksperymentów, łączenia gatunków. Nauczyłem się także, że czasami warto w aranżacji użyć jednego dobrego dźwięku, zamiast mnóstwa innych. Niemniej najważniejszą dla mnie zmianą jest fakt, że przestałem się bać okazywania emocji na scenie. Oczywiście, zawsze starałem się łapać dobry kontakt z publicznością, ale trochę się dystansowałem, a po powrocie postanowiłem wyjść do ludzi z tym wszystkim, co we mnie drzemie. Zauważyłem, że gdy otwarcie przekazuję emocje słuchaczom, oni przekazują mi swoje, wytwarza się między nami nić porozumienia. Od tamtej pory moje koncerty są inne, lepsze.

Po wydaniu epki „Jamaican Trip” mówiłeś, że masz jeszcze w zanadrzu wiele piosenek, które skomponowałeś w czasie tej wyprawy. Pojawiły się na „Jestem…”?
Tak, są tu takie kawałki. Powiem ci więcej – na tej płycie znalazł się nawet utwór, który napisałem, gdy miałem 17 lat, dla mojej pierwszej miłości – „Dla Ciebie”. To bardzo prosty tekst, ale chciałem go wyciągnąć z szuflady i pokazać ludziom. Natomiast piosenką, którą napisałem na Jamajce, a nie zdążyłem zarejestrować, jest „Cisza”. Ten numer widocznie musiał dojrzeć i, szczerze mówiąc, cieszę się, że go wcześniej nie nagrałem. Zresztą takich utworów jest więcej i myślę, że w końcu kiedyś je wykorzystam.

Ci, którzy słyszeli twoją nową płytę, słusznie – moim zdaniem – podkreślają, że ten album jest bardziej refleksyjny, może nawet melancholijny. Co się stało, że tak młody facet, jak ty, zdecydował się odłożyć klimaty rozrywkowe na boczny tor, a zaczął pisać tego typu muzykę?
Właściwie wszystko, co widziałem przez ostatnie dwa lata wpłynęło na charakter „Jestem…”. Doświadczenia, sytuacje, spotkania z ludźmi, ujrzenie show businessu od środka – wszystko to spowodowało, że zgromadziłem wiele refleksji, którymi chciałem się podzielić ze słuchaczami. Ja nigdy nie pisałem pod publikę, czy z powodu wymagań rynkowych, czego najlepszym dowodem jest właśnie ta płyta. A może to przez klimat, który panuje na zewnątrz? Brak słońca sprawia, że człowiek jest bardziej skłonny do refleksji. Uważam, że dzięki nim ludzie idą do przodu – gdy przemyślisz pewne sprawy, możesz wyciągnąć z nich wnioski i zrobić następny krok.

WYWIAD: Wyjść do ludzi - T-Mobile Music

Zdjęcia: materiały promocyjne / Mentalporn.com

 

Nawiązując do tytułu piosenki „Nie chcę wyjeżdżać stąd”, czy myślałeś kiedyś o tym, by wyjechać z Polski, spróbować sił zagranicą?
Jasne, że tak, ale niekoniecznie w kwestii robienia kariery. W Polsce brakuje mi w poczucia anonimowości. Chciałbym wyjechać gdzieś, gdzie nie mam przypinki Bednarka, człowieka, który zrobił takie a takie rzeczy, który nagrał taką a taką muzykę, po prostu – czysta karta. Ludzie inaczej podchodzą do takiego artysty, reagują tylko na to, co dzieje się na scenie i to byłby dla mnie świetny sprawdzian: czy tylko w Polsce ludzie dobrze odbierają moją muzykę, czy też da się z nią zaistnieć zagranicą. Jeśli by się udało, to… przybliżyłoby mnie to do realizacji mojego największego marzenia w życiu, o którym na razie nie chcę mówić.

Czy w takim razie masz już jakieś konkretne plany związane z wyjazdem?
Pewne plany mam. Myślę o bliskich rejonach: Niemcy, może Londyn. Zresztą tam żyje dużo Polaków, więc na pewno mógłbym liczyć na ich wsparcie. (śmiech) Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie mam jeszcze co robić w tym kraju.

Przy okazji, ciekaw jestem, dlaczego ty – człowiek, który potrafi grać na wielu instrumentach – na „Jestem…” udzielasz się tylko jako wokalista?
W zespole to działa tak, że ja przygotowuję całą muzykę, a potem przekazuję te pomysły chłopakom, którzy obrabiają je po swojemu. Dlatego nie chcę wszystkiego przypisywać jedynie sobie, bo gdyby nie oni, to ta płyta nie brzmiałaby w sposób, jaki słyszysz.

Na krążku znalazła się twoja wersja piosenki „Dni, których nie znamy”. Podoba mi się, ale jednocześnie uważam, że jest to dość zgrany temat. Dlaczego zdecydowałeś się na jej nagranie?
Ten utwór nie znalazł się tu przez przypadek. Gdy zaczynałem śpiewać i brałem udział w konkursach, wykonywałem poezję śpiewaną. Również piosenki Marka Grechuty: „Dni, których nie znamy” i „Nie dokazuj”. One zawsze przywołują u mnie miłe wspomnienia, przypominam sobie te konkursy, tremę przed śpiewaniem. Nigdy tego nie zapomnę. Jednocześnie ta kompozycja jest bardzo zbliżona do mojej ideologii, do wiary w lepsze jutro. Sam przekonałem się, że z dnia na dzień twoje życie może wywrócić się do góry nogami, że otrzymasz możliwość spełnienia marzeń. „Dni, których nie znamy” jest teraz taką energetyczną kulminacją moich koncertów, panuje euforia, ludzie zapominają o całym otaczającym świecie, widzę uśmiechy na ich twarzach.

Realia polskiego rynku muzycznego są takie, że owszem, szybko można zostać kimś znanym, ale równie łatwo można stracić popularność. Myślisz czasami o tym, co będzie, jeśli dobra passa się skończy?
Cóż, zawsze do wszystkiego podchodzę z dystansem i dobrze wiem, że popularność nie będzie trwała wiecznie. Często myślę o tym, co by było, gdyby, przygotowuję się mentalnie na różne ewentualności i jestem przekonany, że jeśli karta się odwróci, nie załamię się i poradzę sobie. Dzięki takiemu podejściu dbam też o swoje finanse, nie prowadzę nie wiadomo jak wystawnego życia, odkładam pieniądze. Ale przede wszystkim dbam o swoją głowę, o to, by nie dać się zwariować.

Za tobą dwa koncerty trasy promującej płytę „Jestem…”. Jakie masz spostrzeżenia odnośnie reakcji publiczności?
Zauważam, że nieco zmieniła się grupa moich odbiorców. Przychodzą ludzie starsi, dużo studentów, a lekko wykruszyły się te młodsze dziewczyny, których wcześniej było pełno. Zapewne znalazły dla siebie innego idola. (śmiech) Najbardziej cieszy mnie jednak to, że nie zniknąłem po roku, że ciągle się rozwijam i ludzie to zauważają. Widzą, że gram coraz dojrzalej i nie tworzę z powodów materialnych, tylko dla ludzi. Sprawia mi ogromną radość, gdy ktoś podchodzi do mnie i mówi, że moja muzyka mu pomaga.

Wydanie płyty, trasa, a co potem?
Szczerze? Wydanie następnej płyty. (śmiech) Mam zgromadzony materiał i już nie mogę się doczekać wejścia do studia! Album „Jestem…” zrobiliśmy bardzo szybko, właściwie w półtora miesiąca, niektóre teksty powstawały ekspresowo. Pewnie musiało tak być – spontanicznie, chciałem jak najszybciej wyrzucić wszystko z siebie, choć może nie z każdego elementu tej płyty jestem zadowolony. Następną chciałbym przygotować trochę inaczej, osłuchać się z materiałem, żeby móc zrobić więcej, jeszcze bardziej się rozwinąć.

Reklamy

Posted on Grudzień 9, 2012, in Wiadomości, Wywiady and tagged , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: