Wywiad dla WP.pl z Kamilem Bednarkiem i Zwierzem

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.muzyka.wp.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Karolina Wanat.
StarGuardMuffin, „Mam Talent” teraz Bednarek i płyta „Jestem”. Kawałek drogi za tobą.

Kamil Bednarek: Droga była krótka, ale wyboista. Po powstaniu StarGuardMuffin przez trzy lata graliśmy bez żadnego boomu i mediów. Występ w telewizji był mega spontaniczny, ale to on tak naprawdę rozpoczął nowy rozdział w moim życiu. Sprawił, że zespół stał się popularny, a dzięki temu pojawiły się zupełnie nowe możliwości. Dzięki temu, że dostałem taką szansę i dzięki temu, że trafiłem w dobre ręce managementu, dalej gram i rozwijam swoje umiejętności.

Dlaczego zmieniliście nazwę na Bednarek?

Kamil Bednarek: Obiecaliśmy sobie wewnątrz zespołu, że jeśli któryś z nas odejdzie, to zmienimy nazwę. Może to naiwne i ktoś może to źle odebrać, ale przez fakt, że to ja byłem w tych programach, ludzie i tak kojarzyli przede wszystkim moją osobę. A chłopaki z zespołu w sumie się cieszą, bo jak jest ciśnienie po koncertach, to oni mogą swobodnie poruszać się po klubie, wypić piwko, etc. Ja mam zupełnie inne życie, ale między nami nie ma zazdrości. Jesteśmy jak rodzina, nie możemy bez siebie wytrzymać. Kiedy rozjeżdżamy się do domów, to i tak do siebie dzwonimy. Myślę, że na chwilę obecną nazwa Bednarek jest najwłaściwsza i najbardziej czytelna dla ludzi.

Piotrek Stanclik: Kamil jest najbardziej rozpoznawalną osobą w zespole. Każdy z nas ma za sobą współpracę z różnymi muzykami, ale nie w tym tkwi istota rzeczy. Chodzi o Kamila. Ludzie przychodzą przede wszystkim dla niego, a nie dla nas. Ot co.

Kamil Bednarek: Zawsze powtarzam, że oni są dla mnie prawdziwym wsparciem.

Czyli nie masz jeszcze osobnej garderoby?

Kamil Bednarek: Kawior i w ogóle… Nie no przestań. Dla mnie to jest w ogóle niepotrzebne, to raz. Dwa, ja jestem normalnym kolesiem, a nie jakąś rozkapryszoną gwiazdą. Nie lubię przesadnego uwielbiania, wywyższania się, itp. Spotkałem dużo ludzi w tej branży, którzy strasznie zrazili mnie do siebie takim zachowaniem. Obiecałem sobie, że nigdy się taki nie stanę. Wolę być dla ludzi, a dzieli nas tak naprawdę tylko scena. I to przez krótką chwilę. Jesteśmy takimi samymi ludźmi jak nasza publiczność, tyle tylko, że ja śpiewam…

Piotrek Stanclik: Wszyscy mówią, że chcą być autentyczni. O ile niektórzy do tej autentyczności mają kawał drogi, to on ma blisko. To jest ewidentny atut Kamila.

Na wasze koncerty nadal przychodzą tłumy uroczych nastolatek?

Kamil Bednarek: To były słodkie początki. Stał się mega boom i na koncertach rzeczywiście zauważało się przewagę nastolatek. Poza tym pojawiali się też tacy, którzy twierdzili, że to, co gram, to nie jest reggae, że moja muzyka w ogóle nie nadaje do słuchania, etc. Na początku mnie to trochę dołowało, ale z czasem zdałem sobie sprawę, że bez sensu jest tak bardzo przejmować się zdaniem innych. W tym kraju za dużo myślimy o tym, co myślą o nas inni. Postanowiłem zrobić coś na przekór, lubię takie wyzwania. Lubię ten kraj, chociaż tu zawsze jest pod górkę. A ja kocham, jak jest trudno, chociaż czasami kosztuje to dużo nerwów. Jak wiesz, że miałeś ciężko, a mimo to osiągasz cel, nagle czujesz satysfakcję i jesteś w środku silniejszy. Ja się nie poddałem, graliśmy gdzie się dało, m.in. na Przystanku Woodstock, Ostródzie, Bielawie. Jednocześnie udało się też wystąpić na Top Trendy w Sopocie. Zgodziłem się na ten koncert, żeby podziękować wszystkim ludziom, którzy kupili płytę i pokazali, iż ktoś, kto wcześniej nic nie miał, może coś osiągnąć. W „Mam Talent” przede wszystkim wygrałem fanów, dzięki którym mogę się rozwijać i spełniać swoje marzenia. Umówmy się: zespół, który nie ma fanów, nie istnieje. Dostaliśmy szansę, którą – mam nadzieję – odpowiednio wykorzystujemy. Muzyka reggae została zepchnięta do niszy, ale ma to jednak swoje plusy. Gdyby stała się zbyt modna, to podejrzewam, że stałaby się mocno zepsuta i mniej autentyczna. Media kreują gwiazdę, sprzedadzą „towar” i zabierają się za tworzenie następnej. Chciałbym zbudować w ludziach fundament. Koncentruję się na tym, żeby do nich mówić i żeby oni zechcieli mnie słuchać. Po udziale w tych wszystkich festiwalach nasza publika dojrzała. Istotą rzeczy jest fakt, że ludzie nadal przychodzą na moje koncerty i nie zapomnieli o Bednarku.

Piotrek Stanclik: Nie jest już tak, że przychodzą tylko tłumy nastolatek. Pojawiają się również ludzie, których do młodzieniaszków na pewno zaliczyć nie można. Przychodzą nawet tacy, którym niewiele brakuje do wieku przedemerytalnego (śmiech).

Kamil Bednarek: Zawsze marzyłem o koncertach, na których będzie szeroki wachlarz wiekowy. Nie wiem, po co ludzie tworzą te wszystkie dziwne podziały. Muzyka jest dla każdego i każdy po swojemu ją odbiera. Jednemu jakiś tekst może pomóc, dla innego będzie inspiracją, a ktoś następny pokocha jakąś melodię. Tak naprawdę każdy powinien odnajdywać w muzyce radość i pewne wskazówki od artysty, który jeśli coś przeżywa, to pisze o tym. Muzyka powinna pomagać ludziom, łączyć ich, a nie sprawiać, żeby bez sensu się dzielili.
Powiedziałeś, że reggae zepchnięto do niszy. Dlaczego tak się stało?

Kamil Bednarek: Muzyka reggae jest bardzo łatwo przyswajalna. Niektórych to wręcz razi, że jest aż tak prosta. Nie zdają sobie sprawy, że w tej prostocie tkwi prawdziwa siła. Jeżeli ktoś próbował śpiewać reggae, to po kilku próbach już wie, że wcale nie jest to łatwa muzyka. Po pierwsze liczy się ekspresja uczuć i emocji, a wszyscy zazwyczaj za bardzo eksponują swoje wokale. Chcą na siłę pokazać, co potrafią. Tu chodzi o to, co i jak przekazujesz w swoich tekstach.

Piotrek Stanclik: Jeszcze trzeba zrobić to w sposób ciekawy, oryginalny, a nie tak, jak wszyscy.

Kamil Bednarek: Staramy się z chłopakami stworzyć własne brzmienie. Szukać, łączyć style w ten sposób, że w pewnym momencie sama stwierdzisz, że to nie jest reggae, soul czy rap, tylko po prostu Bednarek! Wiesz o co chodzi? Stworzyć swój styl, który może posłużyć jako inspiracja dla kogoś, kto z tego zrobi coś jeszcze lepszego. To trudne wyzwanie, ale myślę, że jesteśmy w stanie mu podołać.
Okładka „Jestem” skojarzyła mi się z plakatem KSW, czy filmem zatytułowanym, powiedzmy, „Wojownik”.

Kamil Bednarek: Musiałem walczyć, by być, trwać, tworzyć. Nie dałem się… Największa walka była z samym sobą, żeby nie zwariować od tego całego szumu. Pomyślałem, że album nazwiemy „Jestem…”, bo ja wciąż jestem sobą. Były trudne momenty, ale teraz już jest w porządku. Wszystko się klaruje, postawiliśmy przed sobą nowe cele.

Na tej płycie śmiało łączycie różne style. Do tego pojawia się Jelonek, który kojarzony jest z nieco innym rodzajem muzyki.

Kamil Bednarek: Nasz manager Wojtek dobrze zna się z Jelonkiem. Wcześniej mieliśmy okazję się poznać. Nie wyobrażałem sobie, że można tak fajnie dorzucić coś od siebie. Michał pozytywnie mnie zaskoczył – widać, że kocha to, co robi. Na pewno dla niego to też było duże wyzwanie. Nie szufladkował mnie, podszedł do mnie, jak do normalnego człowieka. Widać, że ma ogromne pojęcie o tym, co robi. Te smyczki brzmią jak u Damiana Marleya…

Piotrek Stanclik: Nie sądzę, żeby Jelonek był specjalnym fanem reggae, ale jest muzykiem ze wszech miar uniwersalnym. Nie zamyka się muzycznie, potrafi się odnaleźć w każdej stylistyce. Zagrał solówkę w piosence „Revolution” i to jest solówka, której normalnie gitarzysta metalowy by się nie powstydził.
Kogo jeszcze zaprosiliście do współpracy?

Kamil Bednarek: Zaprosiłem gości, których szanuję za twórczość i którzy są prawdziwi w tym, co robią. Pojawia się Gutek, który jest dla mnie prawdziwym autorytetem. To mega skromny i zdolny gość. Jak zakładałem zespół marzyłem o tym, żeby móc z nim kiedyś coś nagrać. Wtedy to wydawało się takie nieosiągalne, a tu nagle okazuje się, że spełniasz marzenia z osobą, która jest dla ciebie swoistym wzorcem. Gutek też ma na koncie wiele sukcesów, ale pozostał normalnym człowiekiem. Cieszę się, że jest na naszej płycie. Była fajna energia w powietrzu, nasze głosy też zgrały się wyjątkowo dobrze. Kolejnym gościem na „Jestem” jest Dawid Portasz, który był na Jamajce przede mną. Łączy nas wspólny klimat, dużo czasu spędziliśmy na owocnych rozmowach. Powiedziałem mu, że nagrywam płytę i jeśli będzie miał ochotę, to się do niej może dograć. Podesłałem mu tekst i poglądową wersję kawałka. Zgodził się… Dawid Portasz, to taki trochę reggae’owy Elvis polskiej sceny. Jak pojechaliśmy na Jamajkę, to tam wszyscy pamiętali jego wokal. Powiedzieli, że jest niesamowity. Jamajczycy bardzo doceniają jego pracę. Dla mnie to duża radość i satysfakcja nagrywać z kimś takim. Na tej płycie jest jeszcze Staff – raper, który bardzo szybko się rozwija. Ziomek, z którym nagrywałem jeszcze przed tym całym zamieszaniem. Bardzo w niego wierzę. Na tej płycie spisał się wyśmienicie. Z kolei w chórkach zaśpiewała moja siostra, Kornela. Pierwszy raz nagrywaliśmy coś razem poza „Bitwą na Głosy”. To było dla niej na pewno stresujące i ogromne wyzwanie. W duecie z nią pojawiła się Ania Mrożek, również z mojej drużyny z „Bitwy na Głosy”. Listę zaproszonych muzyków uzupełnia Adam Mościki, perkusjonista z Maleo Reggae Rockers oraz trąbki z Zion Train – jedna z najlepszych sekcji dętych na świecie, jeśli chodzi o muzykę reggae.

Na płycie pojawia się cover Marka Grechuty „Dni, których nie znamy”.

Kamil Bednarek: Na pewno nigdy nie zaśpiewam tego lepiej niż Marek Grechuta. Wykonuję to po swojemu. Kiedy zaczynam śpiewać ten numer na koncercie i widzę, co się dzieje z tymi ludźmi… Nie lubię słuchać swojego głosu w tym utworze, bo jestem przyzwyczajony do wykonania Marka Grechuty, którego jestem zagorzałym fanem. W sumie od niego zaczynałem śpiewać. Pierwsze konkursy, na których wygrywałem odtwarzacze mp3. To musiał być jakiś znak. Mam ogromny sentyment do „Dni, których nie znamy”. Przy okazji przekaz jest w pełnej zgodzie z tym, o czym ja śpiewam i co próbuję przekazywać ludziom. Pomyślałem też, że warto przemycić trochę dobrej tradycji, żeby młode pokolenie nie zapomniało, a temu starszemu sprawić małą niespodziankę. Jeżeli Marek z góry spogląda na ziemię i ogląda, jak to śpiewam, to mam nadzieję, że jest dumny, iż stworzył coś takiego. Jest to utwór, który naprawdę potrafi łączyć pokolenia.

Płyta jest zdecydowanie bardziej refleksyjna niż zabawowa.

Kamil Bednarek: Myślę, że to przez to, że dużo przeżyłem przez te dwa lata. Przeszedłem taki przyspieszony kurs dojrzewania. Nie chciałem w swoich tekstach przesadzić, żeby nie były zbyt trudne i skomplikowane. Uwielbiam, kiedy coś trafia bezpośrednio do człowieka. Ludzie z różnymi doświadczeniami mogą różnie odbierać moje słowa. Po pierwsze ze względu na mój młody wiek, po drugie na moje przeżycia, a po trzecie – każdy człowiek to osobny wszechświat i każdy inaczej postrzega swoje otoczenie. Proste teksty są największą siłą. Bob Marley był dla mnie mistrzem, bo potrafił w prostych słowach przemycić tak głębokie przemyślenia. To, o czym śpiewał, jest zupełnie inne niż to, o czym śpiewam ja. Nie zamierzam w kółko powtarzać, że „dża dża”, „rastafara”, albo o tym, żeby cały czas palić Babilon, gdyż nie jestem wyznawcą rastafarianizmu. Chcę śpiewać o tym, co jest wokół nas. Jeżeli trzymając się tego przekazu, który niesie muzyka reggae, mogę napisać kawałek, oparty na moich doświadczeniach i ten tekst komuś pomoże, to jest to mega fajne uczucie. Ktoś przychodzi do mnie i mówi, że moja muzyka pomogła mu w trudnych chwilach. Wówczas serce naprawdę rośnie…

Piotrek Stanclik: Chodzi o to, żeby być rozumianym przez wszystkich. Nie odnosić się do języka używanego tylko w małej grupie, bo wtedy rzeczywiście wylądujemy w niszy i będziemy komunikatywni tylko dla wąskiego grona ludzi.

Często zdarza się, że po koncertach podchodzą do ciebie fani, żeby podzielić się swoimi doświadczeniami i przeżyciami?

Kamil Bednarek: Na moje koncerty przychodzą wrażliwi ludzie i z nimi bardzo fajnie się rozmawia. Wiadomo, że niektórzy chcą się wyszaleć i złapać dobrą energię, a to też jest istotne. Ja bardzo szanuję to, że ktoś potrafi przyjść do klubu, wydać swoje oszczędności i poświęcić swój czas, by móc się wyskakać i wesprzeć artystę. Muzyka zagrana na żywo jest zupełnie inna niż ta odtwarzana w domowym zaciszu. To kompletnie odmienna energia, kiedy masz bezpośredni kontakt ze swoim słuchaczem. Czasami na koncertach spotykam ludzi, którzy mają niesamowitą historię, przeżyli coś mega ciężkiego i któryś z tekstów trafił do nich i zaczynamy o tym rozmawiać. Na Europejskich Targach Muzycznych podszedł do mnie starszy pan, którego syn popełnił samobójstwo. Ten syn też śpiewał reggae. Strasznie mu się z nim kojarzyłem. Przyszedł, przytulił mnie i się rozpłakał. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Pierwszy raz miałem taką sytuację. Dał mi płytę z jego piosenkami i poprosił, żebym posłuchał. Apelował, abym pilnował tego, co robię i żebym dawał młodym ludziom nadzieję. Miałem łzy w oczach. Czasami to są trudne sytuacje, bo muszę zmagać się z własną wrażliwością, a z drugiej strony cieszę się, że ludzie odbierają mnie jako normalnego kolesia, który też ma uczucia. Nie jestem wkręcony w świat celebrytów, który omijam z daleka. Fani traktują mnie, jak swojego człowieka. Doceniam, kiedy potrafią mi zaufać, nie znając mnie tak do końca. To dobry znak, iż ludzie zauważają, że jestem szczery w tym, co robię. To najpiękniejszy z komplementów, jaki mogę usłyszeć.

Wspominałeś o problemach, które przeszedłeś. Miałeś problemy z głosem?

Kamil Bednarek: Jestem samoukiem i nigdy nie uczyłem się śpiewać. Teraz wiem, że podchodziłem do tego zbyt emocjonalnie. Nie dbałem o gardło, nie robiłem inhalacji, nie rozśpiewywałem się, nie nawilżałem strun głosowych… Po prostu wychodziłem na scenę i śpiewałem. Często po koncercie pojawiała się chrypka i tak to trwało. Zagrałem znacznie więcej koncertów niż wcześniej, a dla mnie i moich strun głosowych to było ogromne obciążenie. Miałem polipa, który okazał się na tyle duży, że musiałem poddać się laserowemu zabiegowi na strunach głosowych. Gdybym tego nie zrobił, to mogłoby się to dużo gorzej dla mnie skończyć. Miałem spory stres, bo przy takich zabiegach zawsze pojawia się ryzyko. Jednak się udało. Ktoś z góry dał mi widocznie znak: „Stary zadbaj o siebie”. Teraz śpiewam zupełnie inaczej, nie zdzieram się tak jak wcześniej. Mój głos też się trochę zmienił. Podejrzewam, że przez to, iż coraz więcej śpiewam. Doświadczenie robi swoje.

Zastanawiałeś się, co będzie, jeśli nie będziesz mógł śpiewać?

Kamil Bednarek: Gram na saksofonie. Mógłbym smutny jazz grać i dorabiać na budowie (śmiech).

Piotrek Stanclik: Bez krtani byś nie mógł grać.

Kamil Bednarek: To na klawiszach bym sobie grał albo na perkusji lub na gitarze. Tak czy owak grałbym na pewno.

Reklamy

Posted on Grudzień 21, 2012, in Wywiady and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 2 komentarze.

  1. Koooochaaam Ciiiię Kaaamiil < 33 A chłopacy z zespołu : Was też kocham .; *** Szacun dla wszystkich < 3333

  2. Looovciaaam < 3333

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: