Monthly Archives: Lipiec 2013

Bednarek zaprasza na koncerty w Irlandii!

Już jesienią zespół Bednarek wystąpi w Cork (4.10), Dublinie (5.10) i Galway (6.10).

 

Więcej informacji na stronach: www.irlandiakoncerty.com oraz www.koncerty.ie

Reklamy

Bednarek 73. najcenniejszą osobą w polskim showbiznesie

Forbes przygotował listę stu najcenniejszych gwiazd polskiego show-biznesu. Wśród nich znalazł się Kamil Bednarek, plasując się na 73. pozycji. To pierwszy rok wokalisty w zestawieniu magazynu.

Na pierwszych trzech lokatach znaleźli się kolejno: Robert Lewandowski (szacowana wartość: 1,057 mln zł), Marek Kondrat (0,95 mln zł) i Jerzy Owsiak (0,858 mln zł).

źródło: Forbes.pl

 

Pozycja 2013 Imię i nazwisko Pozycja 2012 Profesja Wycena reklamodawców (PLN)
71 Wojciech Mann 85 dziennikarz 310 000
72 Magdalena Różczka aktorka 307 000
73 Kamil Bednarek piosenkarz 304 000
74 Mariusz Pudzianowski 79 zawodnik MMA 301 000
75 Bogusław Linda 81 aktor 300 000
75 Katarzyna Nosowska piosenkarka 300 000
75 Tomasz Adamek 77 bokser 300 000
78 Dorota Gardias prezenterka TV 297 000
79 Anna Maria Jopek piosenkarka 292 500
80 Sebastian Karpiel-Bułecka 86 piosenkarz 292 000

Polska według Bednarka – wywiad dla portalu PolskaOdKuchni.com

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.polskaodkuchni.com a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Marta Krupa.

 

„Jestem…”, czyli tytuł Twojej najnowszej płyty sugeruje, że poprzez kompozycje na niej umieszczone zdefiniujesz się – jako wokalista – na nowo. Powiedz, czy to jest sposób na ucieczkę przed etykietą, którą w pewien sposób dokleiły Ci media po udziale w „Mam talent!”, czyli idola nastolatek? Czy chcesz w pewien sposób odciąć się od tego wizerunku?

– Ta płyta była jednak bardziej przelaniem tego, co przeżyłem przez ostatnie trzy lata. Niektóre utwory były od dawna schowane głęboko w szufladzie. Jednym z nich była „Cisza”, którą nagrałem dla brata, bo strasznie mnie o to prosił, a ja przez długi czas nie chciałem tego zrobić. Wstydziłem się tego kawałka, cały czas powtarzałem mu: „Co Ty, stary, nie będę tego nagrywał!”, a okazało się, że został bardzo ciepło przyjęty. Ogólnie, nigdy nie wstydziłem się tego, jak media mnie oceniały, bo poznałem je od środka, i wiem, że jest to niezły cyrk na kółkach. To, co wytwarzają jest robione po to, żeby się sprzedawało. Ja, na szczęście, jestem w dobrym rękach, pracuję z ludźmi, którzy traktują mnie bardziej jak swojego brata niż podopiecznego. Relacja manager-artysta to braterstwo, i właśnie dlatego udaje się nam połączyć te dwa światy.

Wiele osób pracujących w show-biznesie strasznie odcina się od pozostałych, robią z siebie gwiazdy formatu światowego. Ja tego nie lubię. Wolę być blisko ludzi podobnych do mnie, bo dzięki nim gram, dzięki nim mogę robić to, co kocham. Mam nadzieję, że to, co stało się w moim życiu będzie inspiracją dla niejednego człowieka, który ma jakąś swoją pasję. Gram już trzeci rok, udało się wydać kolejną płytę, cieszyła się dobrym przyjęciem, i nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale to jest niesamowite! Cieszę się, że dalej mogę to robić, choć bałem się trochę po pierwszym roku, że to może być jedynie chwilowe.

No właśnie – nie każdemu się udaje. Masz jakiś przepis na to, jak osiągnąć sukces na polskiej scenie muzycznej?

– Niektórych rzeczy w swoim życiu nie potrafię wytłumaczyć, i to jest chyba jedna z nich (śmiech). Gdyby ktoś trzy lata temu powiedział mi, że osiągnę, zobaczę, zrobię tyle rzeczy, o których zawsze marzyłem, powiedziałbym mu: „Stary, prześpij się, co Ty gadasz w ogóle?”. Na pewno tym, czego sam doświadczyłem, co jest bardzo ważne i pozwala nie zwariować to wiara w siebie, ale nie przesadna. Jeśli ta wiara idzie w parze z pokorą, to uwierz mi, człowiek w takiej sytuacji jest w stanie zrobić trzykrotnie większy progres.

Skoro mowa o wierze we własne możliwości i pewności siebie… – mam rozumieć, że nie bałeś się przyjęcia Waszej aranżacji piosenki Marka Grechuty „Dni, których nie znamy”, reakcji odbiorców po zestawieniu ze sobą oryginału i coveru?

– Bałem się, ale tylko troszeczkę. I znacznie bardziej odbioru wersji studyjnej niż koncertowej, bo naprawdę nie lubię nagrywać w studiu. Mocno czuję ten kawałek, na własnej skórze przekonałem się, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Kiedy śpiewam ten utwór, to gdzieś z tyłu głowy mam obraz siebie samego, tego, jaki byłem przez ostatnie lata. Byłem zaskoczony tak dobrym przyjęciem tego utworu. Zawsze wykonuję go na koncertach, bo uważam, że fajnie przypomnieć o artyście, którego osobiście bardzo szanuję, a przy okazji pokazać jego twórczość młodszemu pokoleniu, które teraz ma wyłącznie idoli z Internetu, jest hermetyczne i zamknięte. Fajnie przypomina się o takich artystach, którzy w dzisiejszych czasach odchodzą na bok, choć ludzie powinni o nich pamiętać. Ja się cieszę, że mogę śpiewać te utwory. Udało mi się też jakiś czas temu poznać żonę Marka Grechuty, która – na szczęście – zaakceptowała tę wersję i ucieszyła się, że wykonuję akurat ten utwór. Wtedy spadł mi kamień z serca, to było najważniejsze – jej akceptacja.

Dużo podróżujesz, byłeś, między innymi, na Jamajce. Porównując ludzi i to, jak odbierane jest reggae, powiedz, czego nam brakuje, aby zwyczajnie cieszyć się muzyką, być bardziej otwartym i radosnym społeczeństwem?

– Chyba słońca, mimo wszystko. Gdybyśmy nie mieli zimy… Ludzie muszą się martwić, walczyć o to, żeby się utrzymać i żyć godnie, a to jest trudne. Kiedy widzisz ludzi na Jamajce czy Kubie, jak tam żyją, to w Polsce nagle sprowadza Cię to na ziemię i myślisz sobie, że tutaj nie mając nic, i tak masz trzy razy więcej niż oni tam, nachodzi Cię taka refleksja, że Ty narzekasz, a mógłbyś mieć gorzej. Dla mnie jednym z czynników, które wpływają na to, że ludzie są bardziej optymistyczni jest słońce, którego nam brakuje. Niby mamy cztery pory roku, a mimo to tego słońca nie jest aż tak dużo, żeby się nim nacieszyć. Tak przynajmniej mi się wydaje.

Większymi sukcesami są te indywidualne, jak II miejsce w „Mam talent!”, czy grupowe – zwycięstwo z drużyną w „Bitwie na głosy”? Co uważasz za swój największy sukces?

– Chyba to, że pozostałem sobą. „Mam talent!” nie wygrałem, ale wygrałem ludzi. „Bitwę na głosy” wygrała moja drużyna, a nie ja. Wygrałem jedynie (aż!) to, że mogę robić co kocham oraz tych, którzy tej muzyki słuchają i pozwalają mi się rozwijać. To, czego potrzebuję najbardziej to właśnie wsparcie ludzi i wiara w to, że na koncert nie przychodzi się tylko po to, żeby się pobujać, ale posłuchać czegoś, co być może zainspiruje Cię do pracy nad sobą. Stawiałbym właśnie na to.

Jaka jest Polska – od kuchni?

Nie wolno generalizować, ale moim zdaniem teraz każdy na siłę chce być niezależny, pokazać, że stać go na wszystko, że nie potrzebuje niczyjej pomocy, radzi sobie dobrze. Ludzie w pogoni za tą niezależnością tracą ze sobą kontakt, to nienaturalne. Jeden zobaczy, że drugi ma lepiej i zamiast konstruktywnej zazdrości, takiej, która sprawi, że będzie pracować więcej, krzyczy: „Nie no, tak nie może być”, i próbuje go zniszczyć. To jest zwykła ludzka zawiść, ale też zwykłe lenistwo. Nie jest tak, że się nie da czegoś zrobić – jeśli ktoś bardzo chce, to zrobi wszystko. Jeśli jednak nie ma w sobie siły i determinacji w drodze do osiągnięcia celu, to tak się właśnie kończy. Wiara w siebie to podstawa każdego sukcesu.

Wywiad dla Plastra Łódzkiego

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.plasterlodzki.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Agnieszka Malinowska.

 

Kamil, miałam okazję być na dwóch Twoich koncertach i na każdym masz w sobie niesamowitą energię- skaczesz, biegasz, klaszczesz, a na dodatek przekazujesz ludziom tyle pozytywnych uczuć! Zastanawia mnie, skąd Ty w sobie masz tyle siły i tyle pozytywnych emocji, żeby przekazywać je dalej?

– Czasami sam się zastanawiam jak to jest, że pomimo tylu kilometrów – dzisiaj też zrobiliśmy ich ponad trzysta – wychodzisz zmęczony, bolą plecy i w ogóle, a mimo tego dajesz radę… Zawsze staram się zagrać koncert na 100% swoich możliwości, aby ludzie, którzy na niego przychodzą byli zadowoleni, na chwile się zatrzymali, pomyśleli i zaczerpnęli odrobinę pozytywnych wibracji. Ta naturalna wymiana energii jest podstawą każdego udanego koncertu i działa trochę na zasadzie ping ponga. Wysyłasz słuchaczom dawkę dobrej energii i ona praktycznie natychmiast do ciebie wraca. Kiedy widzę, że ludzie coraz bardziej się nakręcają, to ja również funkcjonuję na coraz większych obrotach. Tak właśnie to działa…

Właśnie, bo oglądając czy czytając wywiady z Tobą, można odnieść wrażenie, że jesteś bardzo pozytywnym człowiekiem – powiedziałabym, że wręcz optymistą. Co w takim razie doradziłbyś osobom, które niezbyt jasno patrzą w przyszłość? No, na przykład takiej pesymistce jak ja (śmiech)?

– Nie widać tego w Twoich oczach… (śmiech). Ja też kiedyś byłem sporym pesymistą, ale odkąd poznałem muzykę reggae, nauczyłem się doceniać małe rzeczy i cieszyć nimi. Kiedy szanujemy to, co mamy wokół siebie, swój najbliższy świat, a potem małymi krokami zdobywamy kolejne cele, to na końcu zupełnie inaczej smakują owoce, niż gdybyśmy od razu dostali wszystko z góry. Osobiście nigdy nie spodziewałem się, iż będę miał okazję grać takie ilości koncertów, mieć tylu fanów i że zjawisko „Bednarek” wybuchnie aż na taką skalę. Jednak zawsze, gdzieś tam w środku wierzyłem, że może coś mi z tą muzyką kiedyś wyjdzie, ale powolutku, małymi krokami. Aż tu nagle nastąpił buuum i się udało! Trzeba wierzyć w siebie, ale nie popadać przy tym w skrajności, bowiem wiara w połączeniu z pokorą może przynieść naprawdę wymierne efekty.

W listopadzie wydałeś z zespołem płytę „Jestem”- nową, bo sygnowaną Twoim nazwiskiem. W Polsce płyta spotkała się z genialnym przyjęciem- nie ukrywajmy kochają Cię miliony Polaków…

– To miłe, ale szczerze mówiąc nawet nie czytałem tych wszystkich opinii. W sumie ostatnio bardzo sporadycznie zaglądam do internetu…

Może to dobrze, oszczędzasz sobie niepotrzebnych stresów?

– Jest w tym jakaś racja… Za dużo stresów nie niesie ze sobą niczego dobrego…

Dobrze, tak jak mówiłam – w Polsce odnosisz same sukcesy – nie myślałeś o tym, żeby swoją karierę przenieść gdzieś dalej, poza granice naszego kraju?

– Pewnie, że bym chciał. Nie miałbym wówczas takiej „przypinki Bednarka”, czyli etykietki tych wszystkich programów telewizyjnych, etc. Po prostu przyszedłbym do nich z czystą muzyką, z tym, co najbardziej kocham.

Czyli jakieś plany na najbliższą przyszłość z tym związane już są?

– Mam jakieś swoje plany, ale dopiero jak wszystko się uda i pewne rzeczy się potwierdzą, to będę mógł cokolwiek o nich powiedzieć. Nie lubię rzucać słów na wiatr, ani uprzedzać nadchodzących wydarzeń. Czas pokaże, co z moich zamierzeń okaże się realne…

Powiedz mi Kamil jeszcze, bo zastanawiam się nad jedną kwestią. Obecnie sukces w Polsce jest mierzony tym, ile razy artysta pojawi się na tzw. ściankach czy tym, ile kontrowersyjnych wpisów pojawi się na plotkarskich portalach. Przejrzałam trochę takich stron w poszukiwaniu informacji o Tobie i… nie znalazłam żadnego takiego wpisu na Twój temat…

– Uspokoiłaś mnie trochę! (śmiech) Już myślałem, że tam jest niezła jazda na mój temat.

No właśnie, nic strasznego tam nie było! Znalazłam tylko wzmianki o Twoim udziale w programach tj. „Mam talent” czy „Bitwa na głosy”. Jak więc w takim kraju jak Polska udało Ci się zrobić karierę bez tego negatywnego szumu wokół siebie?

– Wow… Wiesz co? To też jest zasługa moich managerów, którzy tak naprawdę są moimi braćmi i przez cały czas pomagali mi pozostać sobą. Ponadto swój pozytywny udział mają moi przyjaciele. Dzięki nim zawsze, kiedy wracam do domu, nie zapominam o tym, kim jestem. Oprócz tego myślę, że w dużym stopniu pomógł mi również fakt, iż nie mieszkam w Warszawie, ani innym dużym mieście, gdzie nieustannie odbywa się klasyczny wyścig szczurów. Na każdym kroku musiałbym wystrzegać się natrętów, którzy by za mną biegali i z ukrycia robili zdjęcia. Bardzo cenię swoją prywatność i nie toleruję jak ktoś z butami próbuje wchodzić w moje życie. Jestem zadowolony, że – póki co – udało mi się uniknąć wielu pułapek związanych z polskim show-businessem.

Niestety, niektóre media słyną z tego, że szukają sensacji.

– Dokładnie. Dlatego raz jeszcze powtórzę, że cieszę się, iż nie mieszkam w wielkim mieście, co w dużym stopniu pomogło mi nie zwariować. Nie lubię dużych aglomeracji, za to cenię spokój, ciszę… Tak naprawdę najbardziej skupiłem się na muzyce i na tym, żeby docierać ze swoimi koncertami do ludzi, a nie na jakiś wybrykach czy dostarczaniu pożywki dla poszukiwaczy tanich sensacji. W szczególności zależy mi na tym, by inni mogli czerpać ze mnie jakieś inspiracje i zauważyli, że można nie mieć nic, a nagle w przeciągu jednego roku zrealizować mnóstwo marzeń. Osobiście spełniłem już swoje życiowe pragnienie, jakim był wyjazd na Jamajkę. Jednak mam jeszcze kilka ukrytych marzeń i mocno wierzę, że również one doczekają się realizacji…

Masz rację, ale ciężko się przestawić od razu na takie pozytywne myślenie (śmiech).

– Ciężko, bo realia i czasy, w jakich żyjemy zmuszają nas do pesymizmu i obniżają poziom wiary w siebie. Sądzę, że zawsze należy mieć jakąś iskierkę nadziei, bo przecież w życiu wszystko może się zdarzyć. Gdyby ktoś trzy lata temu powiedział mi, że będę tu czy tam, to nie potraktowałbym tych słów poważnie, a jednak rzeczywistość potrafiła mnie sympatycznie zaskoczyć…

No właśnie, a nie przeszkadza Ci to, że jesteś cały czas w rozjazdach? Jesteś przecież młodym człowiekiem, a nie masz zupełnie czasu na życie prywatne…

– Niewątpliwie trochę przeszkadza… Jednak z drugiej strony, jak siedzę w domu to nie potrafię ustać przez chwilę w miejscu. Ciągle poszukuję czegoś nowego, ciągnie mnie do ludzi. Kocham, kiedy wokół mnie pojawia się wiele osób, bo stanowczo nie lubię być sam. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy muszę coś ważnego przemyśleć, napisać nowe teksty czy różne sprawy poukładać sobie w głowie, to wtedy wolę to robić w odosobnieniu. Czasami trzeba w spokoju naładować swoje akumulatorki. Dzisiaj na przykład wracam od babci i czuję się odpowiednio wyciszony i naładowany pozytywną energią. Nie ma to jak u babci… (śmiech)

Na koniec powiedz, czego można Ci życzyć?

– Zdrowia i energii – tej dobrej – żebym nigdy jej nie stracił. Myślę, że to jest moje najistotniejsze życzenie. Ja już raz otarłem się o wizję zakończenia swojej przygody ze śpiewaniem, bo miałem polipa na strunie głosowej, którego musiałem pilnie operować. Wówczas na własnej skórze przekonałem się, że zdrowie jest w tym wszystkim najważniejsze, bo bez tego niczego nie zrobimy. A tyle wyjątkowych i ciekawych wyzwań przed nami…

Kamil w takim razie tego wszystkiego Ci życzę i dziękuję, że znalazłeś dla mnie trochę czasu.

– A ja Ci życzę więcej optymizmu i radości, która pomoże Ci go w sobie odnaleźć. Dzięki!

Jarocin 2013 – koncert zespołu Bednarek (19.07.2013)

Jarocin 2013, Bednarek

 

Artykuły na portalach:
Kamil Bednarek na festiwalu w Jarocinie: Można zapomnieć o rzeczywistości [VIDEO] – (19.07.2013) echodnia.eu