Wywiad dla „Panoramy brzeskiej”

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.panorama.info.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Krystian Ławreniuk.

 

Krystian Ławreniuk: Nie wiem czy pamiętasz, ale pierwszy wywiad przeprowadzałem z tobą w Mąkoszycach, zaraz po castingu w „Mam Talent”. Byłeś wtedy zupełnie nieznanym artystą, który miał za sobą jeden, ale za to dobry, występ przed kamerami. Mija trochę czasu i znowu się spotykamy na wywiadzie… strasznie dużo się zmieniło, prawda?

Kamil Bednarek: Wszystko się zmieniło. Moje życie wywróciło się do góry nogami, ale na szczęście w tym dobrym tego słowa znaczeniu. Zobacz, minęły trzy lata i tyle udało się zrobić. Mieliśmy w tym czasie ze sobą kontakt dzięki „Bitwie na głosy”, więc sam mogłeś troszkę zobaczyć jak to jest. Udało mi się poznać wielu wspaniałych ludzi i wystąpić w wielu ciekawych miejscach. Poprzez „Bitwę”, za sprawą fundacji pomogłem młodym artystom. To jest właśnie niesamowite, że możesz realizować siebie i zarazem robić coś dla innych. Żyjemy w czasach, w którym coraz trudniej jest się nie zatracić. Ciężko znaleźć dobrą pracę, zarobić pieniądze, na każdym kroku odbywa się wyścig szczurów. Takie koncerty, jak ten dzisiejszy są bardzo ważne, bo na nich możemy wszyscy oderwać się od codzienności i stać się wobec siebie równi. Tutaj, dzisiaj, nikogo nie interesowało czy jesteś starszy, czy młodszy, czy masz więcej, czy mniej. Chodziło o to, by podzielić się pozytywną energią i taki moim zdaniem jest sens muzyki. Powiem szczerze, że bardzo się stresowałem przed występem w Brzegu, bo najtrudniej być prorokiem we własnym mieście. Okazało się jednak, że koncert udał się świetnie, było mnóstwo pozytywnej energii i już nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł ponownie tu zaśpiewać.

K.Ł.: Jesteś zadowolony z wyboru miejsca dzisiejszego koncertu, że zdecydowano się właśnie na brzeski amfiteatr?

K.B.: Tak. Od dawana zastanawiałem się, dlaczego nic się nie dzieje w tym miejscu. Tu przecież można zrobić dowolny festiwal – punk rock, hip-hop, reggae, co tylko zechcesz. Mam nadzieję, że ten koncert, to dobry znak i będzie tu się odbywało coraz więcej takich imprez. Młodym ludziom trzeba dawać nadzieję, nakręcać ich, pomagać realizować własne pomysły. Bez pasji nie będziesz miał do czego uciekać, kiedy przyjdą gorsze dni. Dzisiaj pokazaliśmy, że nie chodzi o to, by w sobotę przyjść na imprezę, upić się i niewiele z niej pamiętać, tylko o to, by być ze sobą i dobrze się bawić. Jestem dumny z Brzegu i wszystkich, którzy towarzyszyli nam tego wieczoru.

K.Ł.: Ostatnimi czasy trochę boję się włączać telewizję lub radio, bo wszędzie jest Bednarek. Wychodzi na to, że stałeś się wielką gwiazdą.

K.B.: Zawsze powtarzam, że gwiazdy to są na niebie. Wierz mi lub nie, ale ja naprawdę nie wiem jak to się stało, że nagle duże stacje muzyczne zaczęły grać moje utwory. Bardzo rzadko oglądam telewizję i słucham radia, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Cieszy mnie jednak, gdy ktoś podchodzi do mnie na ulicy i mówi – słyszałem ostatnio w TV twoją piosenkę i bardzo mi się podoba. Trochę mnie przestraszyłeś tym, że niedługo wyskoczę z lodówki (śmiech). Sądzę, że wcale tak często mnie w tych stacjach nie grają. Każdy utwór da się ludziom obrzydzić, gdy się go wałkuje bez przerwy. Jednak najbardziej cenię sobie kontakt z ludźmi podczas koncertów. Wtedy nie ma bariery w postaci szklanego ekranu i możemy ze sobą współpracować bez ograniczeń. Moja publiczność nakręca mnie, a ja ich. To jest taki rodzaj symbiozy, który musi zaistnieć, aby to wszystko miało sens…

K.Ł.: Dziś tej publiczności było bardzo dużo, ale chyba zawsze tak jest, że jeśli ktoś ma rzeszę fanów, to ma też grupę wiernych antyfanów. Jak sobie radzisz z tymi wszystkimi „hejterami”, ludźmi, których boli twój sukces? Pamiętam, że swego czasu błysnąłeś dystansem do siebie, ubierając na koncert koszulkę z napisem „Nie jara mnie Kamil Bednarek”.

K.B.: Na samym początku, trzy lata temu, znosiłem to bardzo źle. Nagle pojawiło się ogromne ciśnienie, którego sam do końca nie rozumiałem. Nie pojmowałem też tego, że nagle ktoś mnie zaczyna nie cierpieć lub przesadnie uwielbiać, mimo że wcale mnie nie zna. Cieszyłem się oczywiście, że dla wielu osób jestem nieobojętny, ale wszystko musi mieć jakieś granice. Ludzie muszą pamiętać, że jestem normalnym człowiekiem, który tak jak każdy ma wady i popełnia błędy. Im dłużej to wszystko trwało, tym lepiej znosiłem presję. Teraz, jak ktoś się śmieje ze mnie, czy mnie obraża, to myślę sobie gdzieś w głębi duszy – co ty wiesz stary… Robię to, co kocham i nikt mnie do niczego nie zmusza. Dzięki mojej pasji poznałem miejsca i ludzi, o których mi się nawet nie śniło. Uwielbiam śpiewać i dzielić się tym z innymi, i nie zmienią tego ludzie, których to boli.

K.Ł.: Zastanawiam się czasami skąd to się bierze. Ja mam okazję obserwować cię od dłuższego czasu, niekiedy widujemy się przecież w Lipkach i dla mnie ty jesteś takim Bednarkiem, jakiego poznałem zaraz po pierwszym występie w „Mam Talent”. Nie odwaliło ci, że tak niekulturalnie to podsumuję.

K.B.: Cieszę się, że masz takie niekulturalne spostrzeżenia (śmiech). Wiesz, to chyba kwestia tego, jakie ktoś miał wcześniej życie. Jedni mają łatwiej, mają wszystko podsuwane pod nos, a u mnie nigdy się jakoś specjalnie nie przelewało. Marzyłem o wielu rzeczach, ale były poza zasięgiem. Cieszyłem się jednak z tego, że mają je inni. Nagle przyszła ta jedna wielka szansa, która zmieniła wszystko. Myślę, że właśnie te niełatwe warunki, w których dorastałem sprawiły, że potrafię teraz docenić to, jak ważna jest rodzina i przyjaciele, którzy nigdy się ode mnie nie odsunęli. Wierz mi, że nie jest fajnie, jeśli ktoś cię z góry ocenia, nie zapyta, co w ogóle czujesz, jak sobie radzisz ze swoim życiem, tylko patrzy na ciebie biorąc pod uwagę jedynie to, że zarabiasz robiąc muzykę. Cieszę się, że są wokół mnie ludzie, którzy potrafią odstawić to na bok i powiedzieć – popatrz, siedziałeś tu w Lipkach, jeździłeś do Brzegu pograć i pośpiewać ze znajomymi, a teraz podróżujesz po świecie, masz swoich fanów, ludzie chcą cię słuchać, a coś, co było ucieczką od problemów, stało się twoją życiową pasją. Trzeba mieć wiarę w siebie i bardzo szkoda mi tych ludzi, którzy jej nie mają. Dlatego mówię – nie ma leniuchowania, pasja jest najważniejsza, jutro czeka nas lepsze jutro, bo ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy.

K.Ł.: Porozmawiajmy chwilę o Jamajce. Ten wypad z chłopakami ze Star Guard Muffin był chyba dla ciebie bardzo ważnym wydarzeniem?

K.B.: To było spełnienie mojego największego marzenia. Miałem wtedy 19 lat i byłem jeszcze trochę takim chłopkiem roztropkiem (śmiech). Nie bardzo wiedziałem, co się wokół mnie dzieje, a tu nagle możemy współpracować z muzykami Boba Marleya i Shaggy’ego, nagrywać w legendarnym studiu Tuff Gong. Wtedy właśnie najmocniej uwierzyłem, że marzenia się spełniają. Gdyby ktoś mi powiedział cztery lata temu, że w wieku 19 lat pojadę nagrywać reggae na Jamajce, to bym mu odpowiedział – stary, wesoło masz, idź się prześpij, jutro pogadamy. Nagle marzenia stały się rzeczywistością. Tak naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać po tym wyjeździe, bo nie byłem do końca na niego przygotowany. Część tekstów pisałem tuż przed nagraniem, ale wszystko wokół było tak wspaniałe, że aż się chciało pracować.

K.Ł.: Żałujesz czegoś w tych ostatnich latach? Zmienił być coś?

K.B.: Niczego nie żałuję. Niczego bym nie zmienił, nawet gdyby ktoś cofnął czas i zapytał – Bednarek, idziesz tą samą drogą, czy wybierasz inną?

Na te pierwsze przesłuchanie, które odmieniło moje życie pojechałem, bo przyjaciele zwlekli mnie z łóżka i kazali mi spróbować (śmiech). Jak widać zwrotne momenty życia przychodzą w bardzo nieoczekiwanych chwilach. Te ostatnie lata były dla mnie bardzo dynamiczne. Zrobiłem ogromny postęp, jako muzyk i przeszedłem przyspieszony kurs dojrzałości.

K.Ł.: Przeszłości byś nie chciał zmienić, a co z przyszłością? Jakie są plany Bednarka na najbliższe miesiące?

K.B.: Jeszcze o tym nie myślałem. Ostatnio żyłem dwoma wydarzeniami – otwarciem Woodstocku i występem na Music Camp w Brzegu. To były dla mnie dwa ważne koncerty, przed którymi naprawdę się stresowałem. W zeszłym roku byłem z moim rodzeństwem na koncercie Damiana Marley’a, który grał właśnie na Woodstocku. Miałem wówczas okazję zobaczyć wszystko z jego perspektywy, ze sceny. Byłem zauroczony tym jak grali jego muzycy, ale największe wrażenie zrobiła na mnie publiczność. Pomyślałem wtedy, Boże, to musi być niesamowite uczucie, grać dla tak ogromnej ilości ludzi. W tym roku przekonałem się jak to jest, a Jurek Owsiak powiedział nawet, że było to najlepsze otwarcie w historii tej imprezy. Powiedz mi, jak ja mam nie wierzyć, że marzenia się spełniają? Chciałbym w przyszłym roku wrócić na wielką scenę w Kostrzynie, bo wciąż czuję niedosyt, chciałbym też wrócić tu, do Brzegu. A jak wszystko się potoczy dalej, to się okaże….

K.Ł.: Wielkie dzięki za rozmowę i powodzenia.

K.B.: Dziękuję również.

Reklamy

Posted on Sierpień 30, 2013, in Wywiady and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: