Wywiad dla Metra

Nie jestem właścicielką praw autorskich do poniższego wywiadu.

Źródło: Metro.Gazeta.pl
Autor: Konrad Wojciechowski

 

Mówisz, że piosenki dzielą się na takie, które sam piszesz i które do ciebie same przychodzą. Jak to rozumieć?

– Jeśli dostaję propozycję napisania piosenki, siadam i skupiam się nad tematem, a w przypadku pracy nad nową płytą nie było żadnego ciśnienia. Pisałem te kawałki przez dwa lata. Bywało, że spotykałem się ze znajomymi podczas jakichś uroczystości, dopadałem klawisze i coś na nich brzdąkałem, podglądając kątem oka reakcje ludzi – czy się bujają, czy nie i jak ta muzyka na nich działa. Piosenek uzbierało się całkiem sporo, ale wybrałem tylko te, które byłem gotowy zaśpiewać.

Na płycie słychać wiele jamajskich dźwięków i głosów. Co spowodowało, że pojechałeś do ojczyzny reggae?

– Pomyślałem, że dobrze by było przyprawić tę muzykę smaczkami z Jamajki – saksofonem Deana Frasera czy fajnymi efektami perkusyjnymi, bo polskie produkcje często są zbyt gładkie. A jak zobaczyłem tam na miejscu Denvera Smitha, który nie tylko gra na perkusji, ale do tego tańczy, aż przecierałem oczy ze zdumienia. Ci ludzie cieszą się muzyką, żyją nią. Nawet facet, który przywoził nam jedzenie, siadał obok i z nami śpiewał.

A nie mogłeś napisać maila do Jamajczyków z prośbą, żeby odesłali ci pliki MP3 z gotową muzyką?

– Miałem do wyboru: albo wysłać im demo nagrań i zamówić, żeby w tej czy tamtej piosence dograli swoje partie, albo pojechać tam osobiście. Kiedy się im coś wysyła, oni traktują to jako zwykłą robotę, ale kiedy jest się tam osobiście, czuć niesamowitą atmosferę – można porozmawiać, wymienić myśli i bezpośrednio się czegoś nauczyć od drugiej osoby. Jamajczycy po raz kolejny przygasili mnie jak świeczkę. Zdałem sobie sprawę, że jeszcze długa droga przede mną. I dziś szkoda mi czasu zmarnowanego na popełnianie tych samych błędów. Dlatego płyta nosi tytuł „Oddycham” – wreszcie wiem, o co w tej muzyce chodzi.

Jacy są jamajscy muzycy?

– Na Jamajce nie ma stałych kapel, ludzie zbierają się na zasadzie „dziś gramy z Bednarkiem, a jutro z kimś innym” i mają z tego wielką frajdę. I jeszcze taka ciekawostka: grają o wiele ciszej od nas, Europejczyków. Kiedy pierwszy raz tam przyjechałem i odpaliliśmy z chłopakami sprzęt, zapytali: „Dlaczego tak głośno? Ciszej!” [śmiech].

A różnice cywilizacyjne? Czy coś cię na miejscu zaskoczyło?

– Jamajczycy są bardzo podzieleni. Jedni mają pracę, żonę i dzieci, a inni popychają wózki ze złomem i nie wiedzą, czy dożyją jutra, bo co chwila wybucha tam strzelanina. Kiedy w biały dzień usłyszeliśmy strzały, byłem pewien, że ktoś detonuje fajerwerki, lecz szybko okazało się, że to porachunki młodych gangów ulicznych. Ale niech wady nie przesłaniają zalet. Warto odwiedzić Jamajkę dla jej niesamowitej bujnej zieleni i słodkich soczystych owoców.

Słucham utworu „Good Soul” i mam wrażenie, że jest efektem wspólnej improwizacji kilku narodów świata. Przywiozłeś go na pamiątkę z dalekiej podróży?

– Akurat pomysł na tę piosenkę wykluł się w Polsce. Rok temu moja siostra brała ślub i gdy przed poprawinami wchodziła na salę, zaśpiewałem jej spontanicznie: „Jesteś moją dobrą duszą”. Refren miałem więc gotowy, a chórki rzeczywiście zrobiliśmy na Jamajce. Słychać tam m.in. włoskiego muzyka reggae Alborosiego. Jak tylko się dowiedziałem, że spotkam go na miejscu, nie zmrużyłem oka przez całą noc. Od dawna słuchałem jego kawałków, a teraz zgodził się wziąć udział w nagraniu mojej płyty. Ale czad! Na spotkanie jechałem podenerwowany, ręce mi się trzęsły z wrażenia, a kiedy wszedłem do jego studia, zacząłem skakać z radości. Popatrzył na mnie i rzekł: „Też taki byłem w twoim wieku” [śmiech].

Alborosie wyemigrował na Jamajkę na stałe, a ciebie nie kusi, żeby też tam osiąść?

– Jestem za bardzo rodzinny i związany ze swoim miejscem urodzenia, żeby zdecydować się na taki krok. Mieszkam w Lipkach i to jest moja Jamajka. Po dwóch tygodniach już chciałbym wracać. Ale nie wykluczam podobnych wyjazdów w przyszłości – chcę się muzycznie rozwijać, potrzebuję takich zastrzyków energii.

Skoro mowa o rodzinie, autorem utworu „List” jest twój tata, a adresatką mama. Jak do tego doszło?

– Tata napisał tę piosenkę dla mamy, gdy był w wojsku. Wyszedł mu kawałek w rytmie reggae, choć ojciec akompaniował sobie na gitarze. Pomyślałem, że po latach sprawię mu przyjemność i nagram tę piosenkę na swoją płytę w ramach podziękowań za to, ile energii poświęca naszej rodzinie.

Jest tu przesłanie, którego raczej unikasz w innych piosenkach, dlaczego?

– Ta płyta ma przede wszystkim sprawiać ludziom przyjemność. Nie należę do grona artystów z konkretnym przekazem, tj. Grubson czy O.S.T.R., których bardzo doceniam za uświadamianie ludziom pewnych rzeczy. Może przyjdzie taki czas, że również dojrzeję do potrzeby komunikowania się z publicznością w taki sposób.

Posted on Lipiec 13, 2015, in Wywiady and tagged , , , , , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: