Archiwa blogu

Nowa płyta z tytułem „Oddycham” – wywiad dla Radio Gdańsk

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.radiogdansk.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Anna Polcyn.

Anna Polcyn: Na koncercie naliczyłam pięć bisów, więc można by powiedzieć, że to był kolejny występ. Potem przez ponad godzinę rozdawałeś autografy. Skąd bierzesz tyle energii?
Kamil Bednarek: Na scenie byłem taki szczęśliwy, że nie wyobrażałem sobie, żeby nie zagrać dłużej i nie wyjść do fanów. Dla mnie koncert to nie tylko odgrywanie muzyki, ale spotkanie. Cieszę się, że ich mam, bo dzięki nim cały czas się rozwijam. Mijają cztery lata od emisji programu, w którym wszyscy mogli zobaczyć jak śpiewam. Jestem im za to strasznie wdzięczny. Grechuta kiedyś powiedział, że artysta bez swoich fanów jest nikim, bo dla kogo ma pisać? A w Gdyni była taka energia, tak się cieszyłem, mam takie zakwasy na polikach, że z tych emocji jutro chyba nie zjem śniadania.

AP: Wspomniałeś o Grechucie. Nie bałeś się podjąć tego klasyku? (Kamil Bednarek na ostatniej płycie śpiewa „Dni, których nie znamy” Marka Grechuty w odświeżonej wersji – przyp. red.)
KB: Ta piosenka towarzyszy mi od wielu lat, nie nagrałem jej specjalnie na potrzeby filmu. Śpiewałem ten utwór, zanim jeszcze zacząłem grać muzykę reggae. Bardzo mocno utożsamiam się z tym tekstem. W wywiadach często podkreślam, że ważne są dni, których nie znamy, nigdy nie wiadomo co się wydarzy jutro. Nie spodziewałem się, że będę w tak wielu miejscach, że będę nagrywać na Jamajce, będę miał tyle fanów i to się będzie tak rozwijać. Nagle w jednym dniu wszystko się zmieniło, a moje życie obróciło się do góry nogami. Naprawdę warto wierzyć w to lepsze jutro. Jeśli człowiek czegoś mocno chce, ale nie po to, by się tym chwalić, tylko tak z głębi serca, to można ściągnąć to myślami. Oczywiście ciężką pracą. Tak samo jak ja po programie, który nie jest gwarancją tego, że będziesz zawsze grać.

AP: Nie dość, że nie zatonąłeś po programie, to jeszcze do głowy nie strzeliła ci sodówka. Jaka jest na to recepta?
KB: Przyjaciele i przede wszystkim dystans do samego siebie. Myślę, że zawsze warto mieć w sobie pokorę, bo ona pomaga się rozwijać. Zawsze będę chciał uczyć się od lepszych. Nigdy nie będzie czegoś takiego, że stwierdzę: wow, jestem super. Jak teraz byłem na Jamajce i zobaczyłem, jak można śpiewać, tworzyć muzykę, to mnie przygasili jak świeczkę. Dostałem takiego klapsa w potylicę, że muszę wrócić i wziąć się do roboty. Pierwsze co zrobiłem, to zadzwoniłem do mojego nauczyciela i mistrza Jacka Rybitwa, który uczył mnie saksofonu. Wziąłem saksofon altowy i ćwiczyłem cztery godziny. Potem nie mogłem nic jeść, bo ustnikiem rozwaliłem sobie wargi. Ale wróciłem tak nakręcony. Naprawdę warto mieć w sobie pokorę, bo wtedy łatwiej jest żyć. To taka część nas, która pozwala wiele osiągnąć.

AP: Ostatnio stałeś się trochę podróżnikiem, byłeś na Jamajce. Czy takie dźwięki usłyszymy na najnowszej płycie?
KB: Poleciałem tam nie bez powodu. To był najlepszy pomysł, na jaki mogłem wpaść. Oni przyprawili tę płytę jamajskim klimatem. Każdy kawałek jest dla mnie mocnym przeżyciem, bo powstawał w gronie najbliższych, przy wyjątkowych okazjach. Często mam tak, że gdy siądę do klawiszy, to chcę zrobić coś do końca i cały czas gram. Ta płyta jest jakimś moim zbiorem wspomnień i będzie się nazywać „Oddycham”. To dlatego, że oddycham tymi wspomnieniami i to jest taki cały zbiór z tych dwóch lat. Obrazują każdy punkt moich przeżyć.

AP: Doszły mnie słuchy, że na płycie będzie piosenka napisana przez Twojego tatę.
KB: Tak, mój tata napisał kiedyś utwór dla mojej mamy. Tata naprawdę bardzo dużo pomaga nam w domu, jestem z niego dumny. Różnie bywało, a teraz pokazał, że jest prawdziwym ojcem. W nagrodę nagrałem ten kawałek i do tego Dean Fraser, saksofonista Boba Marleya, zagrał piękną solówkę. Mam nadzieję, że wam się spodoba, bo jak ja go słucham, zawsze mam dreszcze. Ta piosenka zawsze będzie mi się kojarzyć z nimi, ale na razie niech to będzie niespodzianka. Niech wyjdzie, a potem będziemy się chwalić.

AP: Pozostaje nam tylko czekać na nową płytę. Życzę ci dużo energii na koncertach i wielu fanów.
KB: Dziękuję i pozdrawiam wszystkich słuchaczy Radia Gdańsk.

Anna Polcyn/mmt

Wywiad dla publicystyka.lca.pl „Mama nauczyła mnie żeby być pokornym”

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.publicystyka.lca.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Lilla Sadowska.

Foto: Wojciech Skulimowski (lca.pl)

 

Mówisz, że na scenie czujesz się najlepiej, jesteś wtedy całkowicie niezależny. Kiedy na nią wychodzisz wiesz, że musisz coś zrobić raz, a porządnie bo robisz to dla ludzi.

Zawsze na każdym koncercie powtarzam, że każdy człowiek, który przychodzi jest wyjątkowy. Często zapominają o tym albo nie zdają sobie z tego sprawy, że są wyjątkowi bo dzisiaj w tym wyścigu szczurów, który jest wokół, każdy próbuje sobie jakoś radzić, chce dorównać innym, stara się pokazać, że jest niezależny i stać go na różne rzeczy. A tak naprawdę w tym wyścigu zapominają o najważniejszych wartościach i o ludziach, których trzeba szanować. Nie chodzi mi tu o przyjaciół ale o ludzi wokół nas. Często też nie doceniamy tego, że jesteśmy zdrowi. Ilu ludzi chciałoby zwyczajnie oddychać, poruszać się, cieszyć się tym wszystkim co nas otacza. Ja sam często przez to, ci się dzieje dookoła zapominam tym,ale nie wtedy kiedy wychodzę na scenę, bo czuję się wtedy wiele bardziej potrzebny. Wydaje mi się, że to co mówię o sobie mogą porównać do swojego życia. Przecież ja jeszcze trzy lata temu grałem też takie koncerty, na których łącznie z barmanem słuchały mnie trzy osoby. Dzisiaj przychodzi na nie masę ludzi. To pokazuje, że można mieć pasję i z dnia na dzień osiągnąć sukces jeśli się wierzy w to co się robi.

Tobie się to udało.

Nie bałem się zrobić krok do przodu. Pójść na przekór wszystkim, pod prąd. To kosztowało mnie masę energii, zaciskania zębów. Ale pokazałem samemu sobie, że sobie poradzę mimo, że było to bardzo trudne. Teraz czuję się silny w tym co robię. Dzieje się to w dużej mierze dzięki ludziom, którzy mnie wspierają. Wszystko zależy od tego jak podchodzisz do swojej pasji i do ludzi. Jeśli nie szanujesz ludzi to nigdy nie osiągniesz sukcesu. Trzeba też pamiętać o tym, że do celu powinno się dążyć małymi krokami. Kiedy osiągniesz wszystko naraz możesz się tym zachłysnąć.

Wspomniałeś o „wyścigu szczurów”, sam brałeś w takim udział. Myślę tu o „Mam Talent”.

Nie, muzyka to nie jest wyścig. Nie było tam żadnej rywalizacji, tam po prostu trzeba zaśpiewać. Nie liczyłem tam na nic i to, że tam byłem nie znaczy, że się musiałem z kimś ścigać. Dla mnie to była rywalizacja, ale nie wyścig szczurów. To nowe doświadczenie, nowa lekcja, a przede wszystkim świetna zabawa, bo odkrywałem coś zupełnie nowego.

Była to odskocznia, trampolina, od której się odbiłeś w stronę wielkiej kariery?

Nie da się ukryć, że tak. Sam fakt, że rozmawiamy już świadczy o tym, że musiało to mieć ogromny wpływ na moje życie. Zmieniło się ono o 180 stopni. Tak naprawdę przeszedłem szybki kurs dojrzewania. Przez te trzy lata nabrałem masę doświadczeń i spotkałem po drodze masę ludzi. Wielu z nich mnie zawiodło.

Dlaczego mówisz, że byli ludzie, którzy Cię zawiedli? Wykorzystali cię w jakiś sposób?

Byłem bardzo naiwny. Ja kocham ludzi, kocham ich poznawać, rozmawiać z nimi i wiele osób to wykorzystało. Często nie zdawałem sobie z tego sprawy. To była dla mnie niezła lekcja życia i powiedziałem sobie. O nie! Koniec! Więcej już na to nie pozwolę! Show biznes to dla mnie niezły cyrk na kółkach. Powiem ci, że kiedy byłem w Amsterdamie na MTV EMA 2013, zobaczyłem tam jak naprawdę wygląda światowy show biznes i doszedłem do wniosku, że polskiemu jeszcze bardzo do niego daleko.

Jesteś według mnie bardzo odważnym młodym człowiekiem. Mam na myśli fakt, że zaśpiewałeś piosenkę Marka Grechuty.

Śpiewam ją od pięciu lat. Dla mnie to jest zabawne, że kiedy tylko delikatnie coś się zamiesza w mediach jest masa krytyki. Ja ten utwór naprawdę śpiewam od dawna bo jest dla mnie niesamowity i sam na własnej skórze się przekonałem, że ważne są dni, których jeszcze nie znamy. Dlatego go wykonuję. Tym samym chcę też pokazać młodym ludziom, że w Polsce żyli i żyją artyści, którzy robili i robią coś wyjątkowego. Dla mnie Marek Grechuta jest właśnie takim niesamowitym artystą. Wiem, że nigdy nie zaśpiewam tego tak jak on, ale staram się to śpiewać po swojemu, tak jak ja to rozumiem. Wspaniałe jest to, że ludzie śpiewają ze mną na koncertach utwór Marka Grechuty.

Na czy polega fenomen Kamila Bednarka?

Wczoraj rozmawiałem o tym z moim przyjacielem, mówiłem mu, że nie rozumiem tego. Odpowiedział mi :Słuchaj Kamil. Ty masz w sobie coś takiego, że potrafisz nakręcić ludzi pozytywnie, dać im nadzieję”. Może miał trochę racji? Nie mam wyjątkowego wokalu, wiem, że są lepsi ode mnie. Nasza muzyka nie jest skomplikowana a proste dźwięki chyba trafiają do człowieka i myślę, że to jest właśnie ten fenomen. Proste słowa, proste dźwięki i przede wszystkim to, że pokazuję, że różni nas tylko barierka przed sceną. Kiedyś ja też byłem po tamtej stronie. Jestem nadal taki jak oni. Chcę się rozwijać, pokazywać im, że to dzięki nim gram, że dzięki nim jestem coraz silniejszy.

W tym fenomenie Bednarka jest bardzo dużo pokory, dojrzałości, efektów tej przyspieszonej lekcji dojrzewania, o której mówiłeś? Jesteś bardzo młodym facetem, masz dopiero 22 lata.

Moja mama zawsze uczyła mnie pokory. Nie chcę tu grać na emocjach, ale to jest prawda. Ja już przekonałem się o tym, że pokora pomaga człowiekowi iść do przodu i osiągać cel, kiedy potrafisz zauważyć swoje błędy i naprawiać je. Ostatnio usłyszałem piękne i mądre słowa na Woodstock. Ktoś powiedział, że nie warto być lepszym od kogoś innego. Warto być lepszym od siebie wczorajszego. Może w nich właśnie tkwi klucz. Jeśli nie skupiamy się na rywalizacji tylko patrzymy na siebie i siebie staramy się naprawiać będąc przy tym pełnym pokory, to na pewno osiągniemy sukces.

Jaką niespodziankę na wrzesień szykuje Bednarek?

Polska według Bednarka – wywiad dla portalu PolskaOdKuchni.com

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.polskaodkuchni.com a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: Marta Krupa.

 

„Jestem…”, czyli tytuł Twojej najnowszej płyty sugeruje, że poprzez kompozycje na niej umieszczone zdefiniujesz się – jako wokalista – na nowo. Powiedz, czy to jest sposób na ucieczkę przed etykietą, którą w pewien sposób dokleiły Ci media po udziale w „Mam talent!”, czyli idola nastolatek? Czy chcesz w pewien sposób odciąć się od tego wizerunku?

– Ta płyta była jednak bardziej przelaniem tego, co przeżyłem przez ostatnie trzy lata. Niektóre utwory były od dawna schowane głęboko w szufladzie. Jednym z nich była „Cisza”, którą nagrałem dla brata, bo strasznie mnie o to prosił, a ja przez długi czas nie chciałem tego zrobić. Wstydziłem się tego kawałka, cały czas powtarzałem mu: „Co Ty, stary, nie będę tego nagrywał!”, a okazało się, że został bardzo ciepło przyjęty. Ogólnie, nigdy nie wstydziłem się tego, jak media mnie oceniały, bo poznałem je od środka, i wiem, że jest to niezły cyrk na kółkach. To, co wytwarzają jest robione po to, żeby się sprzedawało. Ja, na szczęście, jestem w dobrym rękach, pracuję z ludźmi, którzy traktują mnie bardziej jak swojego brata niż podopiecznego. Relacja manager-artysta to braterstwo, i właśnie dlatego udaje się nam połączyć te dwa światy.

Wiele osób pracujących w show-biznesie strasznie odcina się od pozostałych, robią z siebie gwiazdy formatu światowego. Ja tego nie lubię. Wolę być blisko ludzi podobnych do mnie, bo dzięki nim gram, dzięki nim mogę robić to, co kocham. Mam nadzieję, że to, co stało się w moim życiu będzie inspiracją dla niejednego człowieka, który ma jakąś swoją pasję. Gram już trzeci rok, udało się wydać kolejną płytę, cieszyła się dobrym przyjęciem, i nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale to jest niesamowite! Cieszę się, że dalej mogę to robić, choć bałem się trochę po pierwszym roku, że to może być jedynie chwilowe.

No właśnie – nie każdemu się udaje. Masz jakiś przepis na to, jak osiągnąć sukces na polskiej scenie muzycznej?

– Niektórych rzeczy w swoim życiu nie potrafię wytłumaczyć, i to jest chyba jedna z nich (śmiech). Gdyby ktoś trzy lata temu powiedział mi, że osiągnę, zobaczę, zrobię tyle rzeczy, o których zawsze marzyłem, powiedziałbym mu: „Stary, prześpij się, co Ty gadasz w ogóle?”. Na pewno tym, czego sam doświadczyłem, co jest bardzo ważne i pozwala nie zwariować to wiara w siebie, ale nie przesadna. Jeśli ta wiara idzie w parze z pokorą, to uwierz mi, człowiek w takiej sytuacji jest w stanie zrobić trzykrotnie większy progres.

Skoro mowa o wierze we własne możliwości i pewności siebie… – mam rozumieć, że nie bałeś się przyjęcia Waszej aranżacji piosenki Marka Grechuty „Dni, których nie znamy”, reakcji odbiorców po zestawieniu ze sobą oryginału i coveru?

– Bałem się, ale tylko troszeczkę. I znacznie bardziej odbioru wersji studyjnej niż koncertowej, bo naprawdę nie lubię nagrywać w studiu. Mocno czuję ten kawałek, na własnej skórze przekonałem się, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Kiedy śpiewam ten utwór, to gdzieś z tyłu głowy mam obraz siebie samego, tego, jaki byłem przez ostatnie lata. Byłem zaskoczony tak dobrym przyjęciem tego utworu. Zawsze wykonuję go na koncertach, bo uważam, że fajnie przypomnieć o artyście, którego osobiście bardzo szanuję, a przy okazji pokazać jego twórczość młodszemu pokoleniu, które teraz ma wyłącznie idoli z Internetu, jest hermetyczne i zamknięte. Fajnie przypomina się o takich artystach, którzy w dzisiejszych czasach odchodzą na bok, choć ludzie powinni o nich pamiętać. Ja się cieszę, że mogę śpiewać te utwory. Udało mi się też jakiś czas temu poznać żonę Marka Grechuty, która – na szczęście – zaakceptowała tę wersję i ucieszyła się, że wykonuję akurat ten utwór. Wtedy spadł mi kamień z serca, to było najważniejsze – jej akceptacja.

Dużo podróżujesz, byłeś, między innymi, na Jamajce. Porównując ludzi i to, jak odbierane jest reggae, powiedz, czego nam brakuje, aby zwyczajnie cieszyć się muzyką, być bardziej otwartym i radosnym społeczeństwem?

– Chyba słońca, mimo wszystko. Gdybyśmy nie mieli zimy… Ludzie muszą się martwić, walczyć o to, żeby się utrzymać i żyć godnie, a to jest trudne. Kiedy widzisz ludzi na Jamajce czy Kubie, jak tam żyją, to w Polsce nagle sprowadza Cię to na ziemię i myślisz sobie, że tutaj nie mając nic, i tak masz trzy razy więcej niż oni tam, nachodzi Cię taka refleksja, że Ty narzekasz, a mógłbyś mieć gorzej. Dla mnie jednym z czynników, które wpływają na to, że ludzie są bardziej optymistyczni jest słońce, którego nam brakuje. Niby mamy cztery pory roku, a mimo to tego słońca nie jest aż tak dużo, żeby się nim nacieszyć. Tak przynajmniej mi się wydaje.

Większymi sukcesami są te indywidualne, jak II miejsce w „Mam talent!”, czy grupowe – zwycięstwo z drużyną w „Bitwie na głosy”? Co uważasz za swój największy sukces?

– Chyba to, że pozostałem sobą. „Mam talent!” nie wygrałem, ale wygrałem ludzi. „Bitwę na głosy” wygrała moja drużyna, a nie ja. Wygrałem jedynie (aż!) to, że mogę robić co kocham oraz tych, którzy tej muzyki słuchają i pozwalają mi się rozwijać. To, czego potrzebuję najbardziej to właśnie wsparcie ludzi i wiara w to, że na koncert nie przychodzi się tylko po to, żeby się pobujać, ale posłuchać czegoś, co być może zainspiruje Cię do pracy nad sobą. Stawiałbym właśnie na to.

Jaka jest Polska – od kuchni?

Nie wolno generalizować, ale moim zdaniem teraz każdy na siłę chce być niezależny, pokazać, że stać go na wszystko, że nie potrzebuje niczyjej pomocy, radzi sobie dobrze. Ludzie w pogoni za tą niezależnością tracą ze sobą kontakt, to nienaturalne. Jeden zobaczy, że drugi ma lepiej i zamiast konstruktywnej zazdrości, takiej, która sprawi, że będzie pracować więcej, krzyczy: „Nie no, tak nie może być”, i próbuje go zniszczyć. To jest zwykła ludzka zawiść, ale też zwykłe lenistwo. Nie jest tak, że się nie da czegoś zrobić – jeśli ktoś bardzo chce, to zrobi wszystko. Jeśli jednak nie ma w sobie siły i determinacji w drodze do osiągnięcia celu, to tak się właśnie kończy. Wiara w siebie to podstawa każdego sukcesu.

Kamil Bednarek na okładce magazynu Cogito

Poniższy tekst pochodzi ze strony www.cogito.com.pl a właścicielem praw autorskich do artykułu są opiekunowie portalu. Autor: redakcja Cogito.

 

Śpiewa reggae i jest fanem Grechuty. Kręcą go motocykle i dźwięk silnika. Stawia na ludzi i nie odmawia im pomocy. Namawia do rewolucji, ale tej wewnątrz siebie. I na dowód, że w każdym może być słońce niezależnie od zimy, nagrywa płytę “Jestem”.

cogito

Nagrałeś płytę na Jamajce, zwyciężyłeś z drużyną w “Bitwie na Głosy”. Nagrodę pieniężną przeznaczyliście na zbożny cel. Co jest dla ciebie ważniejsze – realizowanie własnych marzeń czy pomoc innym w spełnianiu ich marzeń?Z moimi marzeniami często jest tak, że realizując je, pomagam innym. Dzieje się to dzięki muzyce, która przynajmniej dla mnie jest wyższą wartością, ma ogromny wpływ na ludzi. Jeżeli ktoś potrafi słuchać uszami i serduchem wtedy rzeczywiście może pomóc.

Twoje marzenia… Wystartowałeś z nimi z Brzegu, nie za bardzo znanego miasta, nagrałeś płytę, pojechałeś na Jamajkę…

Zacznijmy od tego, że ja nawet nie jestem z Brzegu, tylko z wioski Lipki :) Dla mnie samego to też wydaje się nieprawdopodobne… Nie miałem perspektyw, żeby się rozwijać tak, jakbym chciał…
Chciałem jednak wziąć udział w programie “Mam talent”, zobaczyć jak to wygląda od wewnątrz. Okazało się, że z dnia na dzień moje życie się zmieniło. Ludzi oszaleli na punkcie muzyki reggae, ale widocznie tego potrzebowali :) Czuję, że przekaz, który niesie ta muzyka jest potrzebny w naszym kraju. Gdyby więcej ludzi słuchało reggae, ludzie byliby bardziej wyluzowani, podchodziliby do innych z szacunkiem. Nie ocenialiby siebie po wyglądzie, tylko próbowaliby się poznać.

Co w twoim życiu odegrało rolę: łut szczęścia czy ludzie?

Najbardziej mi pomogli bliscy: rodzina, przyjaciele, zespół, menedżerowie. Stanowimy zgraną paczkę, która tworzy jedną wielką rodzinę. Mamy wspólny wierzchołek tej samej góry, patrzymy w tym samym kierunku. Dzięki temu pokonujemy te wszystkie przeszkody. No i rozwijamy się.

A twoja szkoła? Pomogła ci, zaszkodziła, mile ją wspominasz?

W szkole średniej miałem zawsze wokół siebie miłych ludzi. Bardzo tęsknię za gwarem, za znajomościami. Miałem pozytywną energię od ludzi. Chodziłem też do szkoły muzycznej pierwszego stopnia, która pozwoliła mi poznać podstawy, żeby tworzyć muzykę. Ale mimo, że znałem nuty byłem człowiekiem, który uwielbiał grać ze słuchu. Grałem tak jak czułem. Na pewno miała na to wpływ muzyka reggae.

A na Jamajce znalazłeś to szczególne słońce?

No oczywiście. Było bardzo gorąco, słońce odnalazłem w muzykach, których poznaliśmy. Mieliśmy możliwość grać z muzykami Boba Marleya, z muzykami Shaggy’ego, którzy okazali się normalnymi ludźmi, otwartymi na współpracę z młodymi z innego kontynentu, o innym kolorze skóry. To pokazało mi, że tak naprawdę nie ma żadnych barier. Liczy się tylko muzyka. Tam nauczyłem się, żeby pokazywać swoje emocje na scenie.

Na płycie śpiewasz o byciu sobą. Udaje ci się nie zatracić siebie, nie popaść w mechanizm branży?

To trudne, bo człowiek z dnia na dzień się zmienia. Każdego dnia uczymy się czegoś nowego. Wiem jednak, że ten korzeń, który mam w sobie nie zmienił się. Pracuję nad opanowaniem emocji, gdy przychodzi krytyka. Na początku przeżywałem krytykę, ale teraz czuję się megasilny. Ludzie, którzy przychodzą na koncerty pomagają mi wierzyć w siebie. Dzięki nim wiem, że to co robię ma jakiś sens. Mam nadzieję, że ci ludzie też budują fundament, o którym marzę.

Z kim bardzo chciałbyś zagrać?

Moim marzeniem jest nagranie płyty z Gentlemanem, który był moją wczesną inspiracją. Ale nie mam takiego parcia, żeby do niego dzwonić. Wolałbym, żeby to się odbyło drogą naturalną.

Na twojej płycie znalazła się tez piosenka Marka Grechuty. Jesteś jego fanem?

Tak, piosenki Grechuty wpłynęły na to, że zacząłem śpiewać, miałem z tego satysfakcję. Przed reggae brałem udział w konkursach poezji śpiewanej.

A jak nie słuchasz swojej muzyki to czego słuchasz?
Reggae. (śmiech). No wiesz, słuchałem różnych gatunków muzyki, dubstepu, funka. Chciałbym eksperymentować, łączyć gatunki, stworzyć coś nowego, swojego, co zainspirowałoby kolejne młode pokolenie.

A poza muzyką. coś cię interesuje?

Jak każdy facet kocham motoryzację, dźwięk silnika… Jeżdżę na motocyklu. To sprawia, że odrywam się od rzeczywistości. Gdy miałem cztery lata znałem np. wszystkie znaki drogowe, wszystkie marki samochodów.

Więcej pytań i odpowiedzi w Cogito nr 24 :)

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.