Archiwa blogu

Kamil w rozmowie z UMK TV

Opublikowany 22.04.2016

Więcej filmów na tv.umk.pl

Facebook: facebook.com/UMKTV
Twitter: twitter.com/umktv
Instagram: instagram.com/umk_tv
Snapchat: umk_tv

Bednarek: spełniłem wszystkie swoje marzenia…

Nie jestem właścicielką praw autorskich do poniższego wywiadu.

Źródło: Plasterlodzki.pl
Autor: Agnieszka Malinowska

Agnieszka Malinowska: Kamil, mieliśmy okazję porozmawiać 3 lata temu- tuż po premierze płyty „Jestem”. Co się u Ciebie przez te lata zmieniło? Jaki to był czas?

Kamil Bednarek: Wow, jak to było dawno (śmiech). Przede wszystkim bardzo dużo  się nauczyliśmy – nie tylko ja, ale cały mój zespół. Wszyscy mogliśmy się rozwijać, dotknąć profesjonalnych scen. Mieliśmy styczność z muzykami, o których spotkaniu zawsze marzyliśmy. Na pewno mamy też zupełnie inną świadomość i podejście do muzyki. Zdaliśmy sobie sprawę,  że to nie jest tylko zabawa, ale wielka odpowiedzialność i spory wysiłek. Same podróże zabierają nam mnóstwo czasu i nie są łatwe, a gramy po 130 koncertów rocznie, więc pokonujemy naprawdę setki kilometrów. Co ciekawe, wciąż nie maleje nasz zapał i chęć do dalszej pracy! Chcemy się coraz bardziej rozwijać i ciągle zaskakiwać naszych fanów. Na pewno nie stoimy w miejscu i nie spoczywamy na laurach (śmiech).

Niemal rok minął od premiery najnowszej płyty pt. „Oddycham”. Na pytanie co to za płyta odpowiadałeś setki razy. Mnie zainteresowało dlaczego zdecydowaliście się na jej bezpłatne upublicznienie w całości, w serwisie youtube na tydzień przed premierą?

To akurat wyszło bardzo spontanicznie. Chciałem, żeby ludzie po prostu tego posłuchali. Może trochę nie spodziewałem się, że upubliczniona zostanie cała płyta… W ogóle muszę powiedzieć, że z tworzenia ostatniej płyty wyciągnęliśmy dużo wniosków. Żyjemy w dobie internetu i spotify więc podejrzewam, że ten nasz zabieg niewiele nam zaszkodził, bo kto chciałby tę płytę sobie ściągnąć, to i tak by to zrobił… Tak czy inaczej, mamy za ten album platynę, więc to dla nas ogromne wyróżnienie, bo płyty w tym kraju się aż tak dobrze nie sprzedają.

Mówisz w wielu wywiadach, że nowa płyta to taki twój pamiętnik… Ale nie tylko Twój… Piosenka pt. „List” została napisana przez twojego tatę dla mamy. To bardzo osobisty, poruszający kawałek. Nikt nie miał do Ciebie pretensji, że teraz może słuchać tego każdy?

Nie, nie (śmiech). To była wielka niespodzianka! Tata napisał jeden kawałek w życiu i chciał, żeby był on utrzymany właśnie klimacie reggae. Zrobiliśmy to więc jaką taką wyjątkową, osobistą pamiątkę. Zresztą, tata się bardzo cieszy i jest dumny, że na płycie znalazł się jego kawałek. W tym utworze zagrał niesamowity jamajski saksofonista Dean Frazer ze swoją sekcją. To pamiątka, która pozostanie na zawsze…

Spora część twoich utworów jest bardzo osobista, poruszająca… „Uciekam w słowa” z nowego albumu albo „Chodź ucieknijmy” z poprzedniej płyty… Przed czym chce uciec i czego się boi Kamil Bednarek? (śmiech)

(śmiech) „Chodź ucieknijmy” to była piosenka, którą napisałem trochę na kolanie, przed samym nagraniem. To był jedyny utwór, do którego wcześniej nie miałem przygotowanych słów. Był to dla mnie czas, kiedy dużo się działo, sporo przeżywałem. W tej piosence chodzi o to, żeby nie pozwolić się wtrącać nikomu w to, co się ma z drugą osobą, żeby mieć taki swój świat, do którego nikt poza Wami nie ma dostępu. Z kolei „Uciekam w słowa” to piosenka, którą zawdzięczam moim przyjaciołom. Zorganizowali dla mnie 22. urodziny-niespodziankę. Pod koniec imprezy po prostu wziąłem gitarę i zacząłem grać, a moja siostra to wszystko nagrała. Ta piosenka ma bardzo proste słowa, które płyną prosto z ser ducha. Przy niej odpływam w te wszystkie piękne wartości.

Równo za miesiąc kończysz 25 lat. Dla wielu osób 25-te urodziny to czas podsumowań, osiągnięć życia. Jakie to było Twoje ćwierć wieku? Z czego jesteś najbardziej dumny?

(śmiech) Jeśli chodzi o muzykę, to dumny jestem najbardziej z całego mojego zespołu i z tego, że po programie „Mam talent” – kiedy wszyscy spisali mnie na straty – spełniłem wszystkie swoje dotychczasowe marzenia, związane z muzyką. Oczywiście nie można spocząć na laurach i wciąż pojawiają się kolejne marzenia do spełnienia, więc trzeba intensywnie pracować. Powtarzam, Jestem szczerze dumny z ludzi, którzy mnie otaczają, z moich bliskich, z siostry,  która sobie świetnie radzi, brata, który zaczyna się uczyć zawodu realizatora i mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli razem pracować. No i nie mogę oczywiście zapomnieć o moich fanach. Cieszę się tego, że są przy mnie i pozostają wierni.

Tłumy czekające na Ciebie na dole o czymś świadczą (śmiech). Na koniec powiedz kiedy możemy spodziewać się nowej płyty?

Nie chcę tutaj mówić konkretnie w miesiącach, ale może wiosna?

Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki za płytę.

 

Wywiad dla portalu mamNewsa.pl

Kamil Bednarek w Słupsku. Niećpa 2015. Hala Gyfia

Wywiad dla Metra

Nie jestem właścicielką praw autorskich do poniższego wywiadu.

Źródło: Metro.Gazeta.pl
Autor: Konrad Wojciechowski

 

Mówisz, że piosenki dzielą się na takie, które sam piszesz i które do ciebie same przychodzą. Jak to rozumieć?

– Jeśli dostaję propozycję napisania piosenki, siadam i skupiam się nad tematem, a w przypadku pracy nad nową płytą nie było żadnego ciśnienia. Pisałem te kawałki przez dwa lata. Bywało, że spotykałem się ze znajomymi podczas jakichś uroczystości, dopadałem klawisze i coś na nich brzdąkałem, podglądając kątem oka reakcje ludzi – czy się bujają, czy nie i jak ta muzyka na nich działa. Piosenek uzbierało się całkiem sporo, ale wybrałem tylko te, które byłem gotowy zaśpiewać.

Na płycie słychać wiele jamajskich dźwięków i głosów. Co spowodowało, że pojechałeś do ojczyzny reggae?

– Pomyślałem, że dobrze by było przyprawić tę muzykę smaczkami z Jamajki – saksofonem Deana Frasera czy fajnymi efektami perkusyjnymi, bo polskie produkcje często są zbyt gładkie. A jak zobaczyłem tam na miejscu Denvera Smitha, który nie tylko gra na perkusji, ale do tego tańczy, aż przecierałem oczy ze zdumienia. Ci ludzie cieszą się muzyką, żyją nią. Nawet facet, który przywoził nam jedzenie, siadał obok i z nami śpiewał.

A nie mogłeś napisać maila do Jamajczyków z prośbą, żeby odesłali ci pliki MP3 z gotową muzyką?

– Miałem do wyboru: albo wysłać im demo nagrań i zamówić, żeby w tej czy tamtej piosence dograli swoje partie, albo pojechać tam osobiście. Kiedy się im coś wysyła, oni traktują to jako zwykłą robotę, ale kiedy jest się tam osobiście, czuć niesamowitą atmosferę – można porozmawiać, wymienić myśli i bezpośrednio się czegoś nauczyć od drugiej osoby. Jamajczycy po raz kolejny przygasili mnie jak świeczkę. Zdałem sobie sprawę, że jeszcze długa droga przede mną. I dziś szkoda mi czasu zmarnowanego na popełnianie tych samych błędów. Dlatego płyta nosi tytuł „Oddycham” – wreszcie wiem, o co w tej muzyce chodzi.

Jacy są jamajscy muzycy?

– Na Jamajce nie ma stałych kapel, ludzie zbierają się na zasadzie „dziś gramy z Bednarkiem, a jutro z kimś innym” i mają z tego wielką frajdę. I jeszcze taka ciekawostka: grają o wiele ciszej od nas, Europejczyków. Kiedy pierwszy raz tam przyjechałem i odpaliliśmy z chłopakami sprzęt, zapytali: „Dlaczego tak głośno? Ciszej!” [śmiech].

A różnice cywilizacyjne? Czy coś cię na miejscu zaskoczyło?

– Jamajczycy są bardzo podzieleni. Jedni mają pracę, żonę i dzieci, a inni popychają wózki ze złomem i nie wiedzą, czy dożyją jutra, bo co chwila wybucha tam strzelanina. Kiedy w biały dzień usłyszeliśmy strzały, byłem pewien, że ktoś detonuje fajerwerki, lecz szybko okazało się, że to porachunki młodych gangów ulicznych. Ale niech wady nie przesłaniają zalet. Warto odwiedzić Jamajkę dla jej niesamowitej bujnej zieleni i słodkich soczystych owoców.

Słucham utworu „Good Soul” i mam wrażenie, że jest efektem wspólnej improwizacji kilku narodów świata. Przywiozłeś go na pamiątkę z dalekiej podróży?

– Akurat pomysł na tę piosenkę wykluł się w Polsce. Rok temu moja siostra brała ślub i gdy przed poprawinami wchodziła na salę, zaśpiewałem jej spontanicznie: „Jesteś moją dobrą duszą”. Refren miałem więc gotowy, a chórki rzeczywiście zrobiliśmy na Jamajce. Słychać tam m.in. włoskiego muzyka reggae Alborosiego. Jak tylko się dowiedziałem, że spotkam go na miejscu, nie zmrużyłem oka przez całą noc. Od dawna słuchałem jego kawałków, a teraz zgodził się wziąć udział w nagraniu mojej płyty. Ale czad! Na spotkanie jechałem podenerwowany, ręce mi się trzęsły z wrażenia, a kiedy wszedłem do jego studia, zacząłem skakać z radości. Popatrzył na mnie i rzekł: „Też taki byłem w twoim wieku” [śmiech].

Alborosie wyemigrował na Jamajkę na stałe, a ciebie nie kusi, żeby też tam osiąść?

– Jestem za bardzo rodzinny i związany ze swoim miejscem urodzenia, żeby zdecydować się na taki krok. Mieszkam w Lipkach i to jest moja Jamajka. Po dwóch tygodniach już chciałbym wracać. Ale nie wykluczam podobnych wyjazdów w przyszłości – chcę się muzycznie rozwijać, potrzebuję takich zastrzyków energii.

Skoro mowa o rodzinie, autorem utworu „List” jest twój tata, a adresatką mama. Jak do tego doszło?

– Tata napisał tę piosenkę dla mamy, gdy był w wojsku. Wyszedł mu kawałek w rytmie reggae, choć ojciec akompaniował sobie na gitarze. Pomyślałem, że po latach sprawię mu przyjemność i nagram tę piosenkę na swoją płytę w ramach podziękowań za to, ile energii poświęca naszej rodzinie.

Jest tu przesłanie, którego raczej unikasz w innych piosenkach, dlaczego?

– Ta płyta ma przede wszystkim sprawiać ludziom przyjemność. Nie należę do grona artystów z konkretnym przekazem, tj. Grubson czy O.S.T.R., których bardzo doceniam za uświadamianie ludziom pewnych rzeczy. Może przyjdzie taki czas, że również dojrzeję do potrzeby komunikowania się z publicznością w taki sposób.